Wiedźmin 2 · Słowami Jaskra cz. 2

Oto druga część opowieści o najnowszej grze CD Projekt pt. Wiedźmin 2 – Zabójcy Królów, którą opowiada Jaskier, bodajże najbardziej oryginalny bard, jakiego przyszło nam słuchać w grach fantasy i tego typu książkach.Tym razem należy jednak ostrzec, że nie jest to opis samej gry, a raczej jej fabuły toteż mogą pojawić się spojlery.

Drogi wędrowcze, widzę, że moja opowieść o rivijczyku Geralcie, zwanym w księgach rozmaitych Białym Wilkiem, przypadła Ci go gustu tak bardzo iż łakniesz jej kontynuacji. W takim razie dziś opowiem Ci o Flotsam i musisz już na wstępie wiedzieć, że nazwanie tej mieścinki „chędożoną” to jedynie wierzchołek góry lodowej oszczerstw, jakie można na nią zrzucić. Z drugiej zaś strony to miejsce, pełne szumowin maści wszelkiej, stanowi centrum poważnej intrygi politycznej, w której znalazła się również moja skromna osoba.

Dzisiejsza opowieść będzie nieco krótsza bowiem moje kości odczuwają już zmęczenie po pogromie, jaki miał miejsce niedawno, nie dalej jak jeden dzień drogi stąd. Psia krew! Miałem Ci tego nie mówić, ale prędzej czy później każdy, kto potrafi słuchać wydedukowałby ową tezę samemu. Do rzeczy jednak.

Gdyby nie przypadek Geralt najprawdopodobniej w ogóle nie postawiłby swojej wiedźmińskiej stopy w tym, pożal się Boże miasteczku, chociaż tak naprawdę cholera wie czym się kierował. Nie uprzedzajmy jednak faktów bowiem historia owa zakończy się szybciej niż skok Nekkera, a przecież nie o to nam chodzi. Po ucieczce z więzienia baronowej La Valette, choć, jak mówią niektórzy, wszystko zostało wcześniej ukartowane, Biały Wilk wyruszył w podróż za Iorwethem, jednym z najbardziej poszukiwanych elfickich bandytów w całej dolinie Pontaru, choć postać jego jest o wiele bardziej złożona niż mogłoby się wydawać, ale znów, to temat na inną opowieść. Jedyne co musisz wiedzieć to fakt, że Iorweth miał mniejsze lub większe konotacje z królobójcą, o czym raczył poinformować naszego bohatera Vernon Roche, oficer sił specjalnych Temerii, za którym osobiście przepadam tak bardzo jak za stryczkiem, na jakim przyszło mi prawie wisieć. Musisz bowiem wiedzieć, że gdyby nie Wiedźmin i jego przytomność umysłu, to ktoś inny pisałby dziś te słowa, co oczywiście sprawiłoby, że niniejsza opowieść stałaby się nudna i pozbawiona jakże epickiego kolorytu. Ja zaś dyndałbym sobie niczym strach na wróble w samym centrum Flotsamowego rynku ku uciesze miejscowych, włącznie z (o zgrozo) dziećmi.

Jeśli chcieć określić Flotsam w jednym, niezbyt wyszukanym słownie zdaniu, to można stwierdzić, że jest mieścinką z niebywałym wręcz przerostem formy nad treścią, szczególnie tą polityczną, a jeśli znów bard, taki jak ja zechce opisać to całe zamieszanie dwoma słowami, powie jedynie: Komendant Loredo. Nazwanie tego jegomościa szumowiną uwłacza szumowinom, które na ten tytuł pracowały latami, ale władza jest władzą i szacunek (przynajmniej ten udawany) dobrze jej okazywać, by żyć w miasteczku w miarę normalnie. To znaczy, jeśli jesteś człowiekiem, nieludzie bowiem mają tu dosłownie przechędożone, a władza zwierzchnia, choć po zabójstwie króla Foltesta ciężko takową znaleźć, bowiem samozwańczy ambasadorowie i inne chłystki nie są jej godni, ma głęboko w sakwach rasizm w swoich prowincjach. Mnie jednak nic do tego, ale Zoltan, druh mój i przyjaciel nie tylko od kufla, chętnie opowiedziałby Ci historię, bądź dwie. Zoltan…taa, ten to ma łeb. Niejednokrotnie próbowałem przechylić z nim równą ilość kufli i za każdym lądowałem pod stołem, gdzie spędziłem czas do kolejnego poranka. Oprócz niebywałej wręcz umiejętności picia ten krasnolud posiada również całkiem dobre układy…jak na krasnoluda ma się rozumieć, choć jego lubość do Wiewiórek stawia jego „krasnoludztwo” pod poważnym znakiem zapytania, przynajmniej w moich oczach.

Tak czy siak we Flotsam Wiedźmin przypomniał sobie co to znaczy być Wiedźminem dzięki tablicy , na której tak zwani śmiałkowie, nie będący w stanie załatwić rzeczy samodzielnie i skorumpowana władza miasteczkowa, wywieszali zlecenia maści przeróżnej. Biały Wilk zyskał dzięki nim pierwsze trofea, które dumnie wisiały później przyczepione do jego kurtki. Nie wszystkie potwory w okolicznym lesie były jednak łatwym kąskiem dla srebrnego ostrza wiedźmińskiego miecza. Niektóre, szczególnie jeden z nich, potrafiły przysporzyć nie lada problemów nawet tak wyśmienitemu w fechtunku człekowi jak Geralt. Mieszkańcy zwali go Kejran , a na sam widok owej bestii niejeden chłop o słabszych nerwach popuściłby ze strachu. Stwór, zapewne zmutowany magią bliżej mi nie znaną, upodobał sobie okoliczne wody i raz po raz dokonywał sporadycznych ataków, przede wszystkim jednak blokując lokalny port. Jednym było to jak najbardziej na rękę (czytaj Loredo) innych zaś denerwowało niebywale (czytaj kupcy).

Jesteś w stanie wyobrazić sobie, że w żyłach Kerjana (to jest, jeśli takie posiadał) płynęła substancja mająca niebagatelne znaczenie dla układu sił w Aedirn, jednej z krain leżących na północy? Gdy sam się o tym dowiedziałem, zrobiłem dokładnie taką samą minę, jak Ty teraz, a w całą historię wmieszani byli Loredo, Roche, Iorweth i Królobójca razem wzięci. Szczegóły tej historii usłyszysz jednak ode mnie innym razem, teraz bowiem ognisko już dogasa, a mrok nocy powoli spowija nasze obozowisko. Nawet najznakomitszemu bardowi należy się chwila odpoczynku.