Polowanie na myśliwego

Dodano: 03.11.2010 / autor: Administrator
Wiatr subtelnie wzburzył osiadającą na dnie boru mgłę. Jak dotąd ciepła noc gwałtownie się ochłodziła. Drzewa delikatnie wyginały się, przez co późnojesienne liście masowo opadały na ziemię. Wschodni podmuch wyłonił okrągłą srebrzystą tarczę księżyca spoza chmur. Dziki pies zawył w oddali, a czarne wrony wzbiły się w powietrze.
W pobliskiej osadzie, bezpośrednio sąsiadującej z borem światła jeszcze nie zgasły. Trwały przygotowania do tradycyjnych obchodów Dnia Patronki Ziół i Urodzaju. Stare, wschodnie plemiona wierzyły, że ich Patronka uchroni ich przed zimą i pozwoli doczekać wiosny. W chatach ludzie do późna porządkowali spiżarnie i napełniali je tym co udało im się zebrać latem. Kobiety szykowały wianki dla swoich córek, a mężczyźni rąbali drewno na budowę rytualnego stosu. Wejście w zimę było najważniejszym świętem ludzi wschodu, ponieważ wtedy mogli podziękować Patronce za okazaną łaskę i dobrobyt. Stary drwal, Singurid wyszedł na zewnątrz, aby zaczerpnąć odrobinę świeżego powietrza. Przywykł już do wzmożonej pracy przed świętem Patronki, ale tego roku stos miał być wyjątkowo wielki. Żona urodziła mu syna i chciał się odwdzięczyć za ten dar. Od świtu razem ze swoimi druhami przywoził z boru ogromne pnie. Cały dzień zajęło ich cięcie, inni dali już za wygraną i postanowili dokończyć jutro, jednak Singurid miał wiele innych spraw na głowie. Trzeba było pojechać do pobliskiej wsi, aby nabyć rzeczy sprowadzone z jarmarku. Wszystko musiało być przygotowane.
Singurid podszedł do starego pieńka, na którym zwykł odpoczywać po pracy i oparł na nim nogę. Dopiero teraz zauważył dziurę w swoich ciżmach. Westchnął tylko głęboko i z rezygnacją spojrzał w mroki boru. Mgła wydawała się coraz gęstsza, a światło z pobliskiego ogniska rzucało na nią złocistą łunę, która w połączeniu z blaskiem księżyca dawała nienaturalną barwę. Drwal wpatrywał się w tą tajemniczą igraszkę kolorów, ledwo dostrzegając pnie drzew. Nagle dostrzegł jakiś cień przemykający we mgle. Nie mógł być to niedźwiedź, bo to coś poruszało się o wiele szybciej i ciszej. Pies w pobliskiej zagrodzie zawarczał i po chwili stulił uszy, piszcząc wycofał się w stronę swojego legowiska. Ptaki na pobliskim polu wzbiły się w powietrze, a szelest stał się wyraźniejszy. Coś stąpało po ziemi, ale nie było to uderzenie kopyt. Stworzenie było ciężkie, jednak poruszało się wyjątkowo szybko. Żadne ze znanych Singuridowi zwierząt tak nie chodziło. Drwal cofnął się o dwa kroki, potykając się o swój ulubiony pieniek. Gdy upadł na ziemię dostrzegł, że stworzenie wchodzi na ogromny głaz stojący na niewielkim wzgórzu. Ogromna sylwetka, nieludzko umięśniona, wyprężyła się na skale i zadarła pysk ku górze. Przenikliwe wycie przeszyło Singurida niczym łowiecka strzała. Nie chcąc płoszyć potwora począł czołgać się do tyłu. Mając drzwi do chaty przy swojej twarzy obrócił się delikatnie, jednak bestii nie było już na skale, zniknęła w mrokach boru. Rozkołatany drwal czym prędzej rzucił się na klamkę i bez wahania wskoczył do środka swojego azylu.
Cała osada usłyszała to wycie, jednak nikt nie odważył się wyjść, aby zobaczyć. Wilkołak gnał przed siebie, przeskakując rowy, rozpadliny i grube korzenie starych drzew. Przecinał mgłę która tworzyła za nim ścieżkę. Ta po pewnej chwili zlewała się, zacieśniając biały całun. Wtem zwierz chwycił się przednimi łapami pobliskiego pnia i okręcił się na nim, gwałtownie zmieniając kierunek. Nie zwalniając pędził przed siebie, odbijając się od ziemi co dziesięć metrów. Ślina płynęła z sapiącego pyska, jednak zdeterminowane, zielone oczy nie dawały za wygraną. Nagle wilkołaka dopadła jego własna, ludzka część. W głowie zrodziła się myśl, wspomnienie. Mgliste, niczym powietrze, które przecinał. Rozpoznał w nim jedynie siebie, człowieka w szlacheckiej szacie, siedzącego przy stole pełnym wytrawnych potraw. Była to uczta, której przewodniczył… Jego własny ojciec. Wspomnienie nagle się urywa, trzeba przyspieszyć bieg. Kolejny prześwit pamięci. Jego ludzka postać wstaje od stołu. Coś mówi do ojca, który przytakuje i włącza się do rozmowy z kimś innym, ignorując syna. Ten idzie do swojej komnaty i siada na brzegu ogromnego łoża. Wilkołak ponownie wraca umysłem do swojej wilczej formy. Niebezpieczeństwo dogania go. Słyszy tętent kopyt za sobą, trzeba przyspieszyć bieg.
Następuje kolejna fala wspomnień. Młodzieniec wychodzi na taras, aby nieco się ostudzić. Z myśli wilkołaka wyrywa zbliżający się jeździec. Wyjmuje długi nóż i rzuca nim prosto w łapę bestii. Ta spada w dół szerokiego rowu i wyjąc z bólu wije się na ziemi. Nieznajomy jeździec schodzi ze swojego białego, lekko przybrudzonego konia i poprawia ćwiekowane rękawice na dłoniach. Głowica ogromnego miecza na plecach zalśniła w blasku księżyca. Długie, białe włosy spływały po skórzanych naramiennikach. Nic nie zdradzało jego emocji, nawet płonące na żółto oczy. Gdy spojrzał na wilkołaka zwierzę od razu zawarczało wściekle. Bestia z bólem podniosła cielsko z ziemi i pochyliła ogromny łeb. Ujęła rękojeść noża w gęsto uzębiony pysk i wydarła go z łapy. Kwiląc, wilkołak starał się przyjąć jak najdumniejszą pozycję. I wtem znowu dopadło go nurtujące wspomnienie. Mężczyzna na tarasie głęboko wpatrywał się w pełny księżyc. Nagle ogromna łapa rozdziera jego twarz. Od tej pory nie pamięta już nic. Po każdej pełni budzi się o poranku w swojej ludzkiej postaci, pragnąc zapomnieć o nocnych łowach. Jedno spotkanie z bestią… Teraz jego los jest już ustalony. Ród wyrzekł się go gdy w dzikim amoku rozniósł pół pałacu. Doskonale wie, że to jego ojciec nasłał tego, który teraz stoi przed nim z długim mieczem w dłoniach. Śmierć jest niemal pewna, jednak teraz ma niepowtarzalną okazję, aby zemścić się na niesprawiedliwym losie.
Dwaj wojownicy stanęli naprzeciw siebie. Po jednej ten wilczy, po drugiej ten ludzki. Wewnętrzna walka młodego szlachcica tej nocy przybiera tą dosłowną formę. Wilkołak wbija swoje ogromne pazury w zmarzniętą ziemię, aby lepiej wyczuć takt kroków najemnika. Człowiek z kolei staje w rozkroku, dając wykonać bestii pierwszy ruch. Wilkołak z wściekłością wzbija się w powietrze i z rozpostartymi łapami próbuje rozedrzeć człowieka. Pogromca bestii wyczuwa zamiary przeciwnika i przetoczył się zwinnie przez lewy bok. Upadające zwierzę nawet nie spodziewało się takiego manewru i zostało zdzielone kopniakiem w łeb. Wiedźmin wyjął swój miecz i przedłużając ruch, łukiem ciął wilkołaka w bark. Bestia zawarczała wściekle i ustawiła się przodem do napastnika, szykując kolejny skok. Wojownik trzymając oburącz miecz mierzył w wielką paszczę. Wilk rzucił się do przodu, jedną łapą odrzucił miecz na bok, tak że człowiek nie utrzymał go w dłoniach, a drugą rozdarł mu udo. Upadając zaorał pazurami w grunt, lecz wiedźmin dalej stał na nogach. Rozwścieczona bestia pognała w stronę rannego, jednak ten uczynił szybki znak, który wyrzucił wilkołaka w gęste krzaki. Wiedźmin wyjął szeroki nóż z pochwy za paskiem i przygotował się na ostateczną szarżę.
Po kliku sekundach zwłoki wojownik podszedł w stronę krzaków. Przebity wilkołak wisiał na gałęzi, klika metrów za zaroślami. Konając zaryczał w powietrze. Bestia bezwładnie zawisła na drzewie. Ranny wiedźmin nie okazując emocji zebrał rozrzucony sprzęt, wsiadł na brudną klacz i pognał przez gęstą mgłę. Nikt nie wiedział co tak naprawdę się tutaj stało, a wojownika nikt już w tych stronach nie widział.