Ayd f'haeil moen Hirjeth taenverde


-Ayd f'haeil moen Hirjeth taenverde – odparł sentencjonalnie Iorweth, bacznie obserwując wiedźmina.
-Nie siłą, lecz śmiałością zdobywaj? - nieco niepewnie odpowiedział tamten.
-Dokładnie, wiedźminie – powiedział elf, lekko się uśmiechając.


***


Szczerze mówiąc, to Iorweth nigdy nie lubił ludzi. Wolał zwierzęta - na przykład psy.
Psom było obojętne, czy ktoś jest człowiekiem, elfem, czy może kwarteronem. Było im to obojętne tak długo, jak był ktoś, kto mógł je nakarmić, pogłaskać po głowie, nazwać dobrym psiaczkiem.
Ludzie zaś byli nieco przewrażliwieni, jeśli chodziło o sposób mówienia, zarys oczu, czy też kształt małżowiny usznej. I właśnie to przewrażliwienie było powodem pacyfikacji Podgórza Mahakamskiego.
Oraz kilkuset innych masakr - w tym i pogromu w Rivii.


***


Rodzice Iorwetha zostali brutalnie zamordowani przez jednego z przodków Henselta z Ard Carraigh. O którego przodka chodziło - tego Iorweth nie wiedział, ale sama świadomość faktu, że ktoś noszący koronę zarżnął jego rodzinę wystarczyła mu do znienawidzenia wszystkich koronowanych głów.
Kilkaset lat później Iorweth nienawidził jednakowo Emhyra var Emreisa, Radowida Redańskiego,  Foltesta, Henselta, czy nawet Enid an Gleanna - Franceski Findabair, królowej Aen Seidhe, mianowanej przez samego Emhyra.
Była tylko jedna, rządząca kimkolwiek osoba, której Iorweth nie nienawidził. Ba, że jej nie nienawidził - wręcz darzył ją sympatią.
Tą osobą była Saskia Krasnolica, półelfka, przywódczyni wolnych ludzi z Aedirn i główne zagrożenie dla Henselta.


***


Iorweth dotarł do Vengern tego samego dnia, którego Geralt z Rivii i Vernon Roche dotarli do wojskowego obozu Kaedwen.
O dziwo, dotarł tam dzięki ich nieświadomej pomocy. Bowiem gdy wiedźmin i temerski agent zajęli większość miejskich strażników jatką w domu Bernarda Loredo, Iorweth i jego Wiewiórki mogli bez większych przeszkód wymknąć się z Flotsam i podążyć w stronę Aedirn.
Powitała go osobiście sama Saskia Krasnolica, znana wśród kaedweńskich żołdaków szerzej jako ,,dziewka, co smoka ubiła".
Określenie ,,Krasnolica" było tu jak najbardziej na miejscu. W młodej twarzy Saskii szlachetność i harmonia elfickich rysów łączyła się z pozornie ulotną świeżością, właściwą dla ludzi.
Jasne włosy, splecione w miękki warkocz, dziewczyna przyozdobiła wiankiem z chabrów, białego mirtu, stokrotek i rumianków - które to rośliny bujnie rosły nieopodal miejskich murów.
Miała pogodne, błękitne oczy i długie jak u lalki rzęsy. Była po prostu piękna; tak piękna, jak może być półelfka.
- Więc to ty jesteś ten słynny Iorweth, który nęka rasistów? - spytała z uśmiechem, przyglądając się uważnie elfowi - Ciekawe, właśnie tak sobie ciebie wyobrażałam.
- Bez oka, z blizną na pół twarzy i całego w bliznach? - uśmiechnął się nieświadomie Iorweth - niezbyt to pochlebne...
- Saskia- dokończyła za niego dziewczyna - bez waszamiłościowania i waszowysokościowania proszę. Nie jestem szlachcianką, jeszcze pół roku temu byłam zwykłą, wiejską dziewuchą z widłami w ręku.
- Widać nie taką znowu zwykłą. Tytuł ,,Smokobójczyni" raczej nie przyszedł sam z siebie.
Dziewczyna zaśmiała się cicho. Bezpośredni przywódca Scoia'tael przypadł jej do gustu - w przeciwieństwie do swoich współbraci nie mówił ładnymi przysłowiami i pustymi cytatami.
Nie był też tak androgynicznie piękny, jak inne elfy. Prawą część twarzy szpeciła mu wielka blizna, częściowo ukryta pod czerwoną chustką; materiał skrywał również jego oczodół, pozbawiony gałki ocznej za sprawą kaedweńskiego żołnierza.
Iorweth - jak większość elfów - był brunetem. Jego jedyne oko miało dziwną, mało elficką barwę - było brązowo-zielone, jak leśna ściółka.
W porównaniu z innymi elfami, Iorweth był bardzo, bardzo nieładny. Nie szpetny - ale na pewno nieładny.
Prawie... Ludzki.


***

- Rozumiem, że twoi ludzie są głodni, Yarpen - zmęczona Saskia potarła czoło drobną dłonią - ale ty z kolei musisz zrozumieć, że ta armia to nie tylko krasnoludy. To też elfy i ludzie. A elfy i ludzie, wbrew pozorom, też muszą jeść. Na pewno nie tyle, ile krasnoludy, ale jednak.
Stojący za nią Iorweth westchnął cicho i poprawił zawieszony na plecach kołczan.
Formalnie mówiąc, władczynią Vergen była Saskia - co znaczyło, że każdego dnia ustawiały się do niej kolejki interesantów.
Siedząca obok Saskii Filippa Eilhart obróciła się w fotelu i spojrzała Iorwethowi w oczy.
- Nudzisz się, elfie?
Filippa Eilhart była czarodziejką - była więc nieziemsko piękna, jak każda czarodziejka. Czy też ,,guślarka", jak pogardliwie określał kobiety jej profesji nieżyjący od trzech lat dowódca kaedweńskiej armii, Vandergrift.
A może podłapał to od aedirnczyka, Seltkirka z Gulety? Tego już Iorweth nie wiedział; wiedział natomiast co innego.
Nieważne, jak piękna i przydatna Saskii mogła być Filippa, dalej była starą znajomą nadwornych magów Henselta - Sheali de Tancarville, Detmolda, a niegdyś także Sabriny Glevissig.
­- Nie. Nie nudzę się.
- A wyglądasz na zanudzonego... - uroczo uśmiechnęła się czarodziejka - może spróbuj pomyśleć o czymś zabawnym, mm?
- Pani Filippo - przerwała jej zmęczonym tonem Saskia - byłabym wdzięczna, gdybyś nie rozpraszała mojego ochroniarza. Nie wiemy, co strzeli Jednorożcowi do tego zbójeckiego łba.
- Pani Eilhart - zapewnił Smokobójczynię Iorweth - mnie nie rozprasza. Nie tak łatwo rozproszyć elfa. Nie udało się wiedźminowi, to czarodziejce tym bardziej się nie uda.
- Wiem, wiem... Cały czas zapominam, że udało ci się przetrwać z królobójcą u boku.
Z trudem podniosła się na nogi. Kilka miesięcy wcześniej stoczyła z Henseltem pojedynek o Górne Aedirn; nie dość, że przegrała, to na dodatek Henseltowi udało się wyjątkowo boleśnie zranić ją w lewy bok.
- Dasz radę iść? - elf podszedł nieco bliżej - Nie przemęczaj się, to nadal się goi.
- Muszę być twarda, jeśli chcę wygrać wojnę z Jednorożcem. Byle rana mnie nie pokona. Pani Filippo, chodźmy. Mam do ciebie parę pytań.
Elf pokiwał głową.
- Masz dla mnie jakieś rozkazy?
- Zajmij się sobą. Ostatnio prawie nie spędzasz czasu ze swoimi ludźmi, a dobry dowódca przecież zawsze ma czas dla podwładnych. - uśmiechnęła się Saskia, poprawiając warkocz. Po chwili jednak zrezygnowała z prób uporządkowania wysuwającyh się pasm włosów i po prostu je rozpuściła.

- No. Tak lepiej.


***

- Iorweth, co za niespodzianka! Pamiętasz o nas? - parsknął na jego widok Ciaran.
- Chronię Saskię. - mruknął w odpowiedzi Iorweth - ktoś musi to robić, albo dorwie ją Henselt i jego przyboczne pieski.
- Właśnie, słyszałeś? - siedząca nieopodal siostra Ciarana, Nanaviel, uniosła wzok znad księgi z elfimi pieśniami - Henselt poszerzył swój dworek. Teraz to już nie tylko Shilard-włazidupa, Detmold-dzieciojebca i Sheala-lodowa dupa.
- Kto jeszcze?
Na blat stołu wskoczył Morven, chudy elf z zamiłowaniem do trubadurstwa.
- Oh, ja ci powiem! - śpiewnie zawołał chudzielec - Znasz tych dwóch szczęściarzy! Każdy elf, każde dziecko, każda kobieta, ba! Każdy krasnolud zna człowieka odpowiedzialnego za pacyfikację Podgórza Mahakamskiego, za łowy na nas, za krew, za śmierć! Każdy słyszał o Vernonie Roche'u!
- Każdy o nim słyszał - pokiwał głową Iorweth - niektórzy nawet z nim walczyli. To by znaczyło, że tym drugim człowiekiem jest...
- Ironicznie - parsknął Morven - drugim człowiekiem Henselta jest nieludź! Vatt'ghern! I to nie byle jaki, bo sam Gwynnbleid!
-Sprytne. Szukając królobójcy podczepia się pod królewski dwór. Bardzo sprytne, bardzo pewne i cholernie niebezpieczne.
- Czy my w ogóle wiemy, jaki jest kolejny cel Letho? - ziewnęła Nanaviel -On jest nieprzewidywalny. Równie dobrze może teraz polować na Henselta, jak i Radowida, księcia Stennisa, czy nawet Jana Natalisa!
- Mam aep arse, na kogo teraz poluje Letho! - warknął Iorweth.
- Tak, tak. Będziesz to mieć aep arse tak długo, jak będziesz mieć pewność, że jego celem nie jest Saskia, wiemy. A teraz się napijmy. Chyba, że taki z ciebie Seltkirk z Gulety, że uwłacza ci picie z własnymi ludźmi i nieludźmi!

***

Więc pili.
I śpiewali. A co, jak co, ale śpiewać to elfy umieją. Najpiękniej śpiewała bliźniaczka Morvena, Morva.
Morva i Morven byli młodzi, bo niespełna stuletni. On był rudy, a ona - blondwłosa. On miał czarne oczy, ona - jedno orzechowe, drugie - błękitne. On nienawidził ludzi, a ona... A ona przez parę lat pobierała nauki u jednego z najlepszych bardów Północy, Jaskra. Otrzymała wtedy swój własny pseudonim.
Słonecznik.
Iorweth, Ciaran, Nanaviel, Morven, Morva, Blath, oraz córka Blatha - będąca jednym z ostatnich elfich dzieci Muire - jako jedyni dostali miejsce na dworze w Vergen. Reszta komanda, w tym matka Muire, bliźnięta Bleid i Birke, oraz kilkunastu innych musieli się zadowolić koczowaniem pod murami razem z krasnoludami Yarpena Zigrina.
Jak można się nietrudno domyślić - nie byli z tego powodu zadowoleni.
- Więęęc -zaczął bełkotliwie Iorweth - Toruviel chce odejść?
- Ano, chceeee. - pokiwała głową Morva - Sassssskia jej nie wpuściła na dwór, więc Toruviel chce wrócić do przygranicznych lasów.
- Ciekawe, czemu Smokobójczyni jej nie chciała na dworze... - zamyślił się Ciaran - Czyżby była zazdrosna?
- Niby o co miałaby być zazdrosna Saskia?! - Iorweth wytrzeźwiał w jednej chwili. - Przecież ona nie umie nawet na nikogo warknąć, więc jak ma być o coś zazdrosna?
- No jak to ,,o co?"?! - Morva parsknęła, patrząc na Iorwetha jakby był upośledzony umysłowo -  No o ciebie!
Iorweth spojrzał na nią, a po chwili milczenia ryknął donośnym, ochrypłym śmiechem.
- A to dobre, a to dobre..!
- Cesz pofiecieć - Blath wbił w niego wzrok - sze nje podoba ci szie Szaszkia?
- To nie tak, że Saskia mi się nie podoba. Saskia to po prostu... No... Przełożona.
- I tylko dlatego nie odstępujesz jej na krok? - pokręciła głową Nanaviel - Iorweth, druhu, ja i Morva, jak z pewnością zauważyłeś, jesteśmy babami. A co jak co, ale na uczuciach to się baby znają.
- Właśnie, Iorweth - wyszczerzył zęby Morven - jak nie wiesz, komu ufać, to ufaj babom. Baby położą te, no... Powa... Poda... Podawa... Podwaliny, o! Podwaliny pod nowy porządek świata.
- A Saskia jest śliczna jak ta laleczka, którą dla Muire wyczarowała Eilhart.
- Bo ta laleczka, przygłupia dziewucho - Morven pacnął siostrę w potylicę - była na Saskii właśnie wzorowana!

***

- Wiesz co?
Do leczącego kaca Iorwetha dosiadła się Nanaviel.
- Powinieneś wziąć ślub z Morvą.
Lis puszczy spojrzał na nią nieprzytomnie.
- Ech..?
- Przyda ci się kobieta. No i Morva jest w tobie po uszy zakochana, wiesz?
- No to bardzo mi przykro - burknął Iorweth - ale ja nie jestem zakochany w Morvie.
- Ale - Nanaviel wbiła wzrok w powałę - Feainnewedd jest piękna, mądra i utalentowana. Lubisz ją.
- Lubię. Jak młodszą siostrę, którą kiedyś miałem. - wypił łyk wody z trzymanego w dłoni kubka. Ignorując pulsujący ból pod czaszką, zerknął na elfkę.
- Wiesz? Mój ojciec swego czasu miał obsesję na punkcie szamanki z Zerrikanii.
- I..?
- I mieli dziecko. Córkę. Kobieta nazwała ją Zeiva. Parę lat później umarła, a moja matka zgodziła się, żeby ojciec przygarnął Zeivę.
- Co się z nią stało?
- To samo, co z moimi rodzicami. - beznamiętnie odparł elf - Kapryśny król.
- Powiedz, Iorweth... Przyłączyłeś się do Saskii, bo chcesz krwią Henselta pomścić rodziców?
- Nie. Przyłączyłem się do niej, bo walczę o słuszną sprawę. O nas. O naszą przyszłość. A tylko Smokobójczynię to obchodzi.
Dosiadła się do nich Morva.
- Wiesz - zaczęła z uśmiechem - że od kiedy tu jesteśmy, wypowiedziałeś imię Saskii góra trzy razy?
- I co z tego?
- Za każdym razem - kontynuowała elfka, nadal z uśmiechem na drobnej twarzy - się uśmiechałeś. Iorweth?
- Yea, Feainnewedd?
- Czy ty jesteś zakochany w Saskii?
Po tym pytaniu zapadła cisza.
Iorweth spojrzał bez słowa na Morvę, po czym wstał i wyszedł, bezgłośnie zamykając za sobą drzwi.
- Iorweth..! 
Nanaviel położyła Morvie dłoń na ramieniu, po czym pokręciła głową.
- Spokojnie. Lis musi przemyśleć parę spraw.

***

- Saskia? Jesteś tu?
Iorweth ostrożnie wszedł do komnaty Smokobójczyni.
Było południe.
A Saskia spała.
Kiedy spała, w jej rysach nie było tej surowości, która budziła szacunek wśród ludu. Kiedy Saskia spała, wyglądała jak zwykła - ale za to piękna  - dziewczyna.
Elf, wiedziony jakimś dziwnym impulsem, bezszelestnie podszedł do łoża dziewczyny. Nachylił się nad nią, przyglądając się jej uważnie.
Jasna, gładka skóra, miękkie usta, niewielki nos, długie rzęsy, maleńka, prawie niewidoczna blizna na lewym policzku.
Gdy tak się jej przyglądał, Saskia otworzyła oczy. Na widok twarzy Iorwetha jakieś kilka centymetrów od swojej zamrugała nieprzytomnie.
- Iorweth..? Coś się stało..?
- Ceadmil, Saskia. Caedmil.
Wyprostował się i odsunął od łóżka.
- Jak ci minęła noc?
- Mi? Spokojnie... - odparła Saskia, węsząc podejrzliwie - Ale od ciebie za to wali gorzałą. Wykąp się, albo kaedweńczycy padną trupem, zanim w ogóle dojdzie do bitwy.
- Skoro nalegasz...
- Ja nie nalegam. - Saskia usiadła i przeciągnęła się - Ja tylko uprzejmie proszę. Proszę, Iorweth, zrób coś z tym, albo się uduszę.
- A kto będzie cię chronił, kiedy ja będę zajęty? Filippa Eilhart?
- Zdradzę ci tajemnicę. Podejdź.
Elf posłusznie podszedł do dziewczyny.
- Nachyl się, nie chce mi się wstawać.
Równie posłusznie się nachylił, starając się nie wpatrywać w rysujące się pod białym materiałem koszuli piersi Saskii.
- Filippa - szepnęła mu do ucha Smokobójczyni - prędzej mi zabierze tytuł Dziewicy z Aedirn, niż ochroni przed Henseltem.
- Wiem. Wszyscy to wiedzą. Ja to wiem, Morva to wie, Blath to wie, Yarpen Zigrin to wie... Aż dziw, że nie wiedzą o tym kaedweńczycy.
- Nie bądź złośliwy, bo cię zagonię do pilnowania krasnoludów albo petraktowania z Jednorożcem. - Saskia przeciągnęła się ponownie - A teraz idź się pozbyć tego gorzelnianego smrodku.

***

Ciepła woda była dokładnie tym, czego mu było trzeba. Z zadowolonym westchnięciem wyciągnął się w balii, spłukując z siebie uporczywy zapach wódki.
Ściągnął z twarzy czerwoną chustkę i rozpuścił włosy. Były ciemne i sięgały mu trochę za ramiona - nie dość długie, żeby musieć je ścinać, ale nie dość krótkie, żeby nie przeszkadzały rozpuszczone.
Syknął cicho, kiedy ciepłe mydliny skapnęły mu na wrażliwą skórę, pokrywającą siny, pusty oczodół. Nie miał oka już od ponad trzech lat, ale wciąż był w tym miejscu niezwykle wrażliwy na ból.
Zaciskając zęby, starł wodę z zazwyczaj ukrytej pod materiałem części twarzy. Brak części zębów, szeroka, podłużna blizna i pusty oczodół były wyjątkowo szpecące; nie ukrywając ich Iorweth czuł się nagi.
Przesunął gąbką po obojczyku, obserwując przy tym  swój tatuaż. Tatuaż ciągnął się przez lewą pierś i obojczyk; był jasnobłękitny i przedstawiał tradycyjny, liściasty ornament.
- Iorweth, czy ty się utopiłeś?
Uniósł wzrok. W drzwiach stała zniecierpliwiona Morva.
Iorweth zacisnął wargi, zażenowany faktem, że młoda elfka ogląda go nagiego.
- Czego chcesz, beanna?
- Nasi zwiadowcy widzieli w okolicy Gwynnbleida.
Dziewczyna podeszła do balii i kucnęła obok, wpatując się w dowódcę.
- Podobno wypytywał krasnoludy o grot włóczni tej kaedweńskiej wiedźmy, Glevissig.
- I co w związku z tym? Niech sobie pyta, nie zabronię mu tego. Co najwyżej go zabijecie, jeśli wejdzie do miasta. - wzruszył ramionami elf, zanurzając się nieco głębiej.
- Mam dopilnować, żeby się nie dowiedział, co się stało z grotem?
- Zrób, co uważasz za słuszne, weddin. Tylko zostaw mnie teraz.
Morva pokiwała głową i wstała. Przy drzwiach obróciła się w stronę balii.
- Lisie?
- Yea?
-...nieważne. - potrząsnęła głową i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Iorweth wstał, ociekając wodą. Wyszedł z balii i sięgnął po ręcznik.
- Au..! - syknął, wyżynając sobie wodę z włosów. Nigdy się nie nauczył tego robić, zawsze ciągnął za mocno. - W tym tempie za pięćdziesiąt lat się oskalpuję do końca.
- Elfie? - ktoś zapukał do drzwi. Sądząc po głosie, była to Filippa Eilhart.
- Nie wchodź.
Ignorując jego słowa, wkroczyła do środka.
- Dziewica cię szuka, więc może się ubierz?
- Właśnie taki zamiar miałem, kiedy tu wlazłaś... - warknął, gorączkowo naciągając na siebie ubranie. Po zapięciu ostatniego paska zbroi i związaniu włosów, rozejrzał się w poszukiwaniu swojej hustki.
- Gdzie moja opaska?
- Nieważne! - syknęła Eilhart, popychając go w stronę drzwi - potem go poszukasz, teraz chodź. Zaraz zaczną się złazić cały ten motłoch, a ktoś musi chronić cnotę naszej Smokobójczyni.
Elf uśmiechnął się krzywo.
- Kpisz sobie? Nie pokażę się im wszystkim bez opaski, nie chcę straszyć małych dzieci.
- Iorweth... - w głosie czarodziejki zabrzmiał mroczny ton - nie dyskutuj. Saskia cię wzywa, a ja mam gdzieś twój koślawy ryj. Więc bądź tak miły i po prostu rusz to swoje antyczne dupsko!
Podziałało. Elf wziął łuk do ręki, po czym ruszył korytarzami kasztelu.
- Iorweth..! - na jego widok Nanaviel zasłoniła usta dłonią; po raz pierwszy widziała go bez opaski.
- Thaess aep, Nanaviel. Thaess aep. Wiem, jak wyglądam.
Wszedł do komnaty, w której urzędowała Smokobójczyni.
- Saskio, jestem.
Odwróciła się od stołu.
- Nare-...och, na Melitele.
- Myślałaś, że żartuję, kiedy mówiłem, że nie mam oka? - pokręcił głową - Weddin, weddin. Kaedweński żołnierz pozbawił mnie oka parę lat temu. Przecież z jakiegoś powodu noszę opaskę.
- Cóż... - wzruszyła ramionami Saskia - tak długo, jak nie przeszkadza ci to w strzelaniu z łuku, tak długo nie będzie mi to wadziło. Widywałam gorsze rzeczy.
Oprócz nich w komnacie nie było nikogo, Iorweth postanowił więc zaryzykować.
- Ty już wiesz, skąd ja mam swoje blizny... - podszedł do obserwującej go Smokobójczyni - A skąd się wzięła ta na twoim policzku?
- Przyjdź do mnie wieczorem, Iorweth. - uśmiechnęła się miło Saskia - Powiem ci to, ale na osobności.
Do komnaty weszli pierwsi interesanci.
- Mmm, brudne tajemnice szlachetnej Dh'oine? - mruknął do niej elf, zajmując swoje zwyczajowe miejsce za jej plecami. - Zaintrygowałaś mnie, beanna.
- Mniej więcej trafiłeś. Mniej więcej. Bardziej mniej, niż więcej.

***

Iorweth znalazł swoją opaskę przez przypadek, kiedy - zanudzony niemal na śmierć - przechadzał się po Vergen.
Na placyku - tuż pod Bramą Mahakamską - obok krasnoludzkich rzemieślników i kupców przesiadywała większa część komanda Iorvetha - w tym piękna jak Królowa Śniegu Toruviel, którą niegdyś Iorweth chciał poślubić.
Często zabawiali ich swoimi występami Morven i Morva. W środku kasztelu nie mogli dawać upustu swoim kuglarskim zapędom, bardzo to bowiem drażniło Filippę Eilhart. Pozostało im więc występowanie wśród krasnoludów.
- Iorweth, ceádmil! Sh'aente, Morva! - zawołał na jego widok Morven.
- Ceádmil, Morven.  - pozdrowił go Iorweth - Szukam swojej opaski.
-  Dostaniesz ją - wydyszała Morva - jeśli obiecasz, że się z nami zabawisz!
- Yea, yea. - westchnął Lis - A teraz mi ją oddaj.
Morva rzuciła mu chustę. Złapał ją, rozwinął i zawiązał na głowie, skrywając pod nią blizny.
- A teraz - Morven wycelował w niego smyczkiem - wyciągaj flet i graj.
Więc zagrali. Iorweth na flecie, Morven na skrzypkach i Morva na lutni. Wśród nich tańczyli Nanaviel i Ciaran.

***

- Filippa - odezwała się pochylona nad mapą Saskia - mogłabyś mi powiedzieć, co się tam dzieje?
- Elfom się zebrało na występy - rzuciła czarodziejka - spójrz. Iorweth gra na flecie.
Saskia uśmiechnęła się do siebie, słysząc żywą, radosną melodię.
- Mmm, musi mieć bardzo zręczne palce, skoro wydobywa z tego fletu takie dźwięki...

***

I grali. Grali radośnie, czysto i żywo. Grali wyspiarską muzykę Skellige, jakiej na Północy od dawno nie słyszano.
Nanaviel i Ciaran tańczyli, wcielając się w role ludzi ze Skellige. Wyskok. Obrót. Ukłon. Tupnięcie. Powtórzyć. Złapać się za ręce. Zawirować.
Wokół nich zebrał się tłumek gapiów, na który żadne z nich nie zwracało najmniejszej uwagi. Nawet na twarzy zazwyczaj posępnego Iorwetha malowała się radość. Przebierał palcami, bezbłędnie zakrywając odpowiednie otwory. Ten. Następny. Dwa wyżej. Trzy w dół. Wszystkie naraz. Szybciej, żwawiej, sprawniej!
- Iorweth, va'en! Va'en, ma elaine seidhe! - zawołała Nanaviel, łapiąc go za ręce.
Flet upadł na ziemię.
- Co ty robisz, beanna?! Mój flet!
- Ktoś inny na nim zagra, va'en! Zatańcz z nami, Lisie Puszczy!
-Dalej, Iorweth! - zawołała Morven znad swojej lutni - Tańcz! Blath, bierz organki, zagraj z nami!
Lis Puszczy podniósł flet z ziemi. Dmuchnął w ustnik, wydobywając z instrumentu wysoki ton. Nadal grając, wkroczył między Nanaviel i Ciarana.
Trącając palcami struny lutni, Morva zaśmiała się. Dużo czasu minęło, od kiedy ostatnio widziała popisy Iorwetha.
- Dalej, Lisie, pokaż nam, co umiesz, staruchu! - parsknął Morven, z nieludzką - bo elfią - prędkością przesuwając smyczkiem po strunach. - Pokaż, że w tym ciele młodzika naprawdę jest młodość!
Kolejny starzec w ciele młodzika, powiedział pewnego dnia o Iorwecie vatt'ghern Gwynbleidd. Nie mylił się aż tak bardzo; Iorweth był starym, bardzo starym elfem.
Jednakże nie poddał się tej starości, nie miał na to czasu. Za dużo było spraw do dokończenia, za dużo żyć do pomszczenia, za dużo krwi do przelania.
Więc zabił ją w sobie, zabił ją po raz setny. Wszedł między Nanaviel Gwiazdooką i Ciarana, jakby znów miał sto lat. I tańczył z nimi, jednocześnie dmuchając w ustnik i nadając tempo melodii.

***

Przechodząca ulicą Saskia spojrzała w stronę Bramy Mahakamskiej. To, co zobaczyła, sprawiło, że zaczęła mieć wątpliwości, czy na pewno wszystko w porządku z jej głową.
Elfy z komanda Iorwetha grały i tańczyły pod bramą, wśród nich był sam Iorweth. Zazwyczaj posępny Lis Puszczy uśmiechał się, bez trudu dotrzymując kroku młodszym towarzyszom.
- Szybciej, Lisie, szybciej! - krzyknęła w jego stronę Nanaviel, wirując wokół Ciarana - Z ogniem!
Iorweth zignorował ją, nie zmieniając tempa. Zagrał ostatnią nutę, po czym obrócił się szybko i złapał w pasie Nanaviel. Jednocześnie z nim Ciaran splótł swoje palce z jej palcami.
Smokobójczyni uśmiechnęła się. Podeszła bliżej i zaczęła klaskać razem z tłumem. Elfy nie zauważyły jej; całe komando było zbyt zajęte żartobliwym komentowaniem nagłego wybuchu radości u Iorwetha, żeby się rozglądać.
- Lisie, masz! - Morva rzuciła mu menażkę - Napij się, bo nam tu umrzesz, staruchu!
Pociągnął łyk, po czym spojrzał na Słonecznik.
- Wódka? Chcesz mnie upić,  Feainnewedd?
- Może tak, może nie, pijany jesteś o wiele bardziej skłonnny do uśmiechu! - wyszczerzyła zęby w uśmiechu Morva - Więc pij.
Więc pił.
Kilka godzin później Morva znów wyciągnęła lutnię.
- Panowie! - zawołała śpiewnie, trącając palcami struny - Kto zaśpiewa obecnym tu pięknym paniom balladę o Ettariel?
- Mogę ja... - obok niej stanął Blath - Ale nie sam. Morven?
Morven potrząsnął głową, zajęty grą w kościanego pokera z krasnoludem.
- Iorweth? - Blath spojrzał na niego błagalnie - Pomożesz?
- Pomóc, to pomogę, pytanie, czy to na pewno będzie pomocne..? - wzruszył ramionami Iorweth - Vort, Morva. Graj.
Chwilę potem, on i Blath zaśpiewali. Wolno, miękko, bez fałszu. Melodyjnie.
-Yviss, m'evelienn vente caelm en tell
Elaine Ettariel...
-Aep cor me lode deith ess'viell
Yn blath que me darienn...
-Aen minne vain tegen a me
Yn toin av muireann que dis eveigh e aep llea...
Śpiewali na zmianę. Blath miał nieco ochrypły, bardzo zmysłowy głos; głos Iorwetha z kolei był niższy, znacznie mniej ochrypły i nieco posępny. Ich głosy dopełniały się, splatając się w misterną melodię.
-L'eassan Lamm faeinne renn, ess'ell,
Elaine Ettariel,
-Aep cor aen tedd teviel e gwen
Yn blath que me darienn
-Ess yn e evellien a me
Que shaent te caelm a'vean minne me striscea...
Stojąca z boku Morva nie przestała grać nawet, gdy Iorweth i Blath ucichli.
- Zaśpiewaj we wspólnej mowie, Iorweth - powiedziała cicho i nieco niepewnie - nie wszyscy znają język Aen Seidhe.
Lis Puszczy spojrzał na nią i skinął głową.
Po czym zaśpiewał.
- Miłować ciebie, to jest życia mego cel
Nadobna Ettariel...
Zachować tedy pozwól wspomnień skarb
I czarodziejski kwiat
Miłości zakład twej i znak
Kroplami rosy niby łzami posrebrzony...
Śpiewał dalej, bez zająknięcia, bez fałszu.Z uczuciem. W jego głosie słychać było tęsknotę; tęsknotę za czymś, co bezpowrotnie odeszło.
Stojąca w tłumie Toruviel wbiła w Iorwetha spojrzenie.
Niektórzy nazywali ją ,,Królową Śniegu" - nie było to bezpodstawne.
Pewnego dnia, jeszcze nim na świat przyszedł Jednorożec z Ard Carraigh, Toruviel ranił pewien człowiek. Była to rana śmiertelna, jednak od śmierci ocaliło ją zaklęcie Stokrotki z Dolin. Było to potężne zaklęcie, które nie tylko uratowało jej życie; za sprawą zaklęcia skóra i włosy Toruviel stały się mlecznobiałe, zaś jej oczy zalśniły srebrem.
Potem Toruviel poznała Iorwetha, zwanego Lisem Puszczy. Nie minęło dużo czasu, nim Królowa Śniegu i Lis zapałali do siebie gorącym uczuciem; jednakże po latach uczucie to wypaliło się niemal kompletnie.
Więc Toruviel stała w Vergen, na placyku pod Bramą Mahakamską i patrzyła na Iorwetha, swą niegdysiejszą miłość; patrzyła na niego i w duchu gratulowała dziewczynie, z myślą o której Lis śpiewał Elaine Ettariel z takim uczuciem.

***

Gdy Iorweth wślizgnął się do komnaty Saskii, dawno zapadł już mrok - jednak dziewczyna nie spała. Siedziała na podłodze, w białej koszuli nocnej, czytając opasłą księgę.
- Jestem, Smokobójczyni.
Na dźwięk jego głosu uniosła wzrok znad kartek. Odłożyła księgę.
- Muszę przyznać, że ty i twoi przyjaciele daliście piękny występ na placu... - uśmiechnęła się lekko - Macie talent. ,,Elaine Ettariel" jest o miłości?
- Yea - skinął głową elf - o ślepej, niewolniczo oddanej miłości. Tylko do takiej zdolni są prawdziwi Aen Seidhe. Morven i Morva tego nie zrozumieją, bo to jeszcze dzieci, ale ja, Nanaviel, czy choćby Stokrotka z Dolin... Tak nas nauczono kochać. Ślepo i bez pytania.
- Miłość to piękne uczucie, podoba mi się wasze podejście do niej. Miłość nie pyta, po prostu jest.
Saskia podniosła się z ziemi i otrzepała koszulę.
- Ale dość filozofowania. Chciałeś się dowiedzieć, skąd się wzięła moja blizna? Dobrze więc, powiem ci. Ale usiądź, może cię to zszokować.
Iorweth usiadł posłusznie we wskazanym mu przez Saskię fotelu.
- Widzisz, Lisie... - zaczęła dziewczyna po chwili namysłu - Ja wcale nie mam na imię Saskia. Moje prawdziwe imię brzmi Saesenthessis. To ciało nie jest moim prawdziwym ciałem, tylko iluzją, ukrywającą moją prawdziwą postać.
Do Iorwetha dotarło, co chciała mu powiedzieć Saskia.
- Skoro masz na imię Saesenthessis... - powiedział wolno - ...to znaczy, że jesteś...
- Smokiem. - skończyła za niego dziewczyna - Owszem. Jestem Saesenthessis, złotym smokiem-polimorfem. Tym samym, który zaatakował wojska króla Temerii, gdy ten forsował twierdzę swojej kochanki. Ta blizna to pozostałość po strzale z balisty.
Elf spojrzał na dziewczynę w milczeniu.
- To... Wszystko, co chciałam ci powiedzieć. Możesz odejść. - dodała ta, niepewnie obserwując rozmówcę.
Iorweth nie ruszył się z miejsca.
- Skoro jesteś smokiem, to jak to możliwe, że masz tytuł Smokobójczyni?
Saskia - czy raczej Saesenthessis - uśmiechnęła się smutno.
- Mój ojciec, Villentretenmerth, zainscenizował to, żeby ułatwić mi aklimatyzację wśród ludzi. Nie zabiłam go, o nie; zawsze był mistrzem w udawaniu trupa. Po wszystkim po prostu zawinął się i odleciał w cholerę.
Iorweth skiną głową w zadumie.
- Sprytne. Bardzo sprytne, przyznaję. Saskio?
- Słucham.
- Twój sekret... - wstał, po czym ukłonił się jej - ...jest u mnie bezpieczny.
- Dziękuję. Naprawdę... Dziękuję, to wiele dla mnie znaczy. Ufam ci, więc... Nie zawiedź mnie, Iorweth. - spojrzała mu w oczy - Nie zawiedź mnie, bo wasza miłość jest blisko spokrewniona ze smocznym zaufaniem.

***

Po paru dniach towarzyszenia Saskii prawie bez przerwy, Iorweth musiał się do czegoś przyznać przed samym sobą.
Nie było to łatwe, w tym celu udał się więc do jedynej osoby, o której wiedział, że nikomu nie powie - Nanaviel Gwiazdookiej.
Nanaviel miała kruczoczarne włosy i nieco zbyt - jak na elfkę - okrągłą twarz, w której jak gwiazdy lśniły szarobłękitne oczy, spokojne i pełne mądrości.
Gdy zapukał do drzwi komnaty, którą Nanaviel dzieliła z Morvą, był już przekonany o tym, że musi to komuś wyznać.
- Proszę...
Wszedł do środka.
Nanaviel była sama; siedziała na łóżku, grzebieniem rozczesując miękkie loki. Na widok Iorwetha odłożyła grzebień.
- Ach, toż to Lis. - uśmiechnęła się ciepło - Vort, vort. Co cię tu sprowadza w samo południe?
- Wątpliwości, Gwiazdooka. Tylko i wyłącznie.
- Więc mów.
- Widzisz... - zaczął z pewnym wahaniem w głosie - My, Aen Seidhe... Nie, to zły początek. Znasz elficką miłość, prawda?
- Znam, znam... - pokiwała głową - Wierna jak kundel, ślepa jak sprawiedliwość, gorąca jak płomień, wieczna jak czas. Przynajmniej ta prawdziwa. No, kontynuuj.
- Więc... Jest taka osoba... Chcę ją chronić, nie potrafię jej zdradzić i nieustannie o niej myślę.
- No zakochałeś się. - stwierdziła Nanaviel - Pytanie, czy ta osoba o tym wie o co masz zamiar zrobić z tym fantem.
- Raczej nie wie... - odparł niepewnie Iorweth - Nie mam pojęcia, co z tym zrobić, przecież jej tak po prostu nie powiem.
- Bo nie uwierzy? - Nanaviel wstała - Nigdy tak nie mów. Nigdy. O nikim. Stwierdzenie ,,nie powiem, bo nie uwierzy" to najobrzydliwsze, co możesz zrobić miłości. Wiesz... - przymknęła oczy - Znałam kiedyś pewnego chłopca. Księcia. Był śliczny jak z obrazka, a ja byłam w nim zakochana. Nigdy mu tego nie powiedziałam. I wiesz co? Zabił się. Kochał mnie, a ja, głupia, o tym nie wiedziałam. Od pół wieku śnią mi się jego zielone oczy...
- Dobrze więc, powiem jej. - westchnął Iorweth - A co, kiedy mnie wyśmieje? Odepchnie? Uzna za szalonego?
- Iorweth, Lisie Puszczy - Nanaviel uśmiechnęła się  - taka kobieta, jak Saskia nie będzie czekać na tego jedynego w nieskończoność. Wkrótce pojawi się ktoś, kto ci ją skradnie. Nie daj jej czekać.
- Skąd... Skąd wiesz, że to Saskia?
- To oczywiste, Lisku... - Gwiazdooka spojrzała na niego, rozczulona.
Mimo młodzieńczego wyglądu, Nanaviel była od Iorwetha starsza. To ona znalazła go, gdy jako młodzik opłakiwał śmierć rodziny.
Była dla niego jak starsza siostra.
- Bo wiesz... Spędzasz z nią prawie całą dobę, a chyba wszyscy zdążyli zauważyć ten maślany wzrok, jakim ją śledzisz. Patrzysz na nią jak dziewczęta na tego przyjaciela Gwynnbleida, Jaskra.
- Jest piękna, mądra... Rozumie naszą sprawę... - Iorweth potarł dłonią czoło. - Widziałaś jej oczy? Mógłbym się po prostu w nie wpatrywać. Ot, bez celu.
- Wiem. - skinęła głową Nanaviel - Rozumiem. Skoro ją kochasz, to ją kochaj. Tylko... Okaż jej to w jakiś zrozumiały dla Dh'oine sposób.
- Co to znaczy, zrozumiały dla Dh'oine? - Iorweth wstał, po czym zaczął chodzić po komnacie. - Co niby mam zrobić, publicznie ją złapać za cycek? Sterczeć z kwiatkami pod jej drzwiami? Ja tak nie umiem, Gwiazdooka, miłość ludzi nie jest moją miłością!
- Caelm, Iorweth, caelm... - powiedziała uspokajająco elfa - Nie każę ci tego robić. Fakt, niektóre sposoby okazywania uczuć przez Dh'oine są obrzydliwe. Wierzę w ciebie, przecież jesteś Lisem Puszczy. Na pewno coś wymyślisz.
- Dziękuję, Gwiazdooka - westchnął Iorweth - spróbuję coś z tym zrobić i nie spieprzyć, jak z Toruviel.
- Toruviel - uniosła nieco kąciki ust Nanaviel - wcale nie jest aż tak nieszcześliwbr /a, jak mogłoby się wydawać...
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć, co masz na myśli. - pokręcił głową Iorweth - Ale, tak czy siak... Jeżeli się nie uda, to będzie twoja wina.

***

Iorweth myślał. Nie, żeby była to rzadkość - jako dowódca komanda Iorweth myślał często i głęboko. Rzadko jednak było to myślenie o uczuciach.
Zwyczajnie nie miał na to czasu.
Teraz jednak leżał w trawie, w zębach trzymając fajkę. Ręce skrzyżował za głową, lewą nogę założył na prawą, zgiętą w kolanie. Leniwie wypuścił dym z ust, obserwując, jak rozpływa się w letnim powietrzu.
- Tego mi było trzeba... - mruknął do siebie, śledząc wzrokiem latającego tuż nad jego twarzą pazia królowej.
Zatopił się we wspomnieniach.
Pierwszym, co przyszło mu do głowy, był moment, w którym Saskia przedstawiła go Stennisowi i reszcie tych nadętych buców z Vergen.
Czekał na odpowiedni moment za rogiem korytarza; gdy usłyszał, że Saskia mówi o Wiewiórkach wyszedł zza niego i ruszył w stronę komnaty. Szedł niepewnie, nie mając pojęcia, co go spotka.
Stanął za nią, krzyżując ręce na piersi i nerwowo napinając mięśnie.
- Panowie, Iorweth. - powiedziała wtedy Saskia, uśmiechając się lekko.
Zerknął na nią z góry, zastanawiając się, jak ktoś tak niski mógł dostać za zadanie dowodzić armią?
Teraz już wiedział, że wpływ na to miały smocze geny, ale wtedy nie dawało mu to spokoju. Wiedział, że nawet taka ładna buzia to za mało.
Gdy padły pierwsze nieprzychylne słowa, zerknął z góry na zebranych.
- Wystarczy jedno twoje słowo, Smokobójczyni - oświadczył spokojnie dziewczynie - i się stąd wyniesiemy. Jedno słowo i nas nie ma.
Naprawdę był w stanie ze względu na jedno jej słowo wycofać się, wraz z całym komandem, z terenów Aedirn.
Mógł to zrobić, ale nie musiał, bo Saskia kazała im zostać.
Iorweth westchnął cicho. Wyciągnął przed siebie rękę, obserwując, jak siada na niej motyl.
- Jesteś paziem królowej, co? - mruknął do owada - To powiem ci, że jest nas już dwóch...
Obok niego ktoś usiadł. Nie odrywając wzroku od motyla, elf skrzywił się lekko.
- Gwynnbleid. Co tu robisz, Dh'oine?
- Obserwuję, jak gadasz z motylami, Aen Seidhe.
Przekręcił głowę, żeby móc spojrzeć na wiedźmina. Ten z kolei zerknął na niego swoimi nieludzkimi oczyma.
- Więc doszło już do tego, że Scoia'tael bratają się z Aedirn? Nisko upadłeś, Iorweth.
- Thaess aep, Dh'oine. Nie masz pojęcia, o czym mówisz.

- Ależ mam, elfie. Pamiętasz? Powiedziałeś to, kiedy przybyłem do Flotsam z Vernonem i Triss.

***

- Nie o przynależność rasową tu chodzi... - westchnął wiedźmin, z rezygnacją kręcąc głową.
Iorwerh w odpowiedzi parsknął i wstał, by spojrzeć na nich z jeszcze większej wysokości.
- Właśnie to ona jest kością niezgody! My mamy szpiczaste uszy, wy okrągłe. Jesteśmy długowieczni, lecz jest nas niewielu - wy zaś mnożycie się jak króliki. Na szczęście szybko zdychacie... Jedni i drudzy próbują udowodnić, że to ich uszy mają właściwy kształt. Na tym, właśnie na tym polega wojna ras, to z tego powodu ludzie i elfy zabijają się nawzajem od ponad czterystu lat. Wszystko przez kształt małżowiny.

***

- Innymi słowy, elfie - ciągnął Geralt, nie spuszczając oka z Iorwetha - zbratałeś się z ludźmi, którzy przecież mają inny kształt małżowiny.
- Thaess aep, Dh'oine. - powtórzył elf - Tu już nie o uszy chodzi. Teraz chodzi o naszą wolność. Dolina Pontaru ma szansę być pierwszym państwem, w którym ludzie, wychodząc za miejskie mury nie będzie musiał obawiać się strzały, wystrzelonej z wiewiórczego łuku, a elfy i krasnoludy nie będą musiały żyć w gettach.
- Ładne słowa. Ładne i puste. Niech zgadnę, to słowa Saskii Smokobójczyni... Prawda? - Geralt uśmiechnął się drwiąco - Dziewczyna ma tupet, talent do dowodzenia i prawie zero armii.
- Nie mów tak o niej, Gwynnbleid. Nie ma zerowej armii, ma nas. - Iorweth ponownie wbił wzrok w niebo.
- Ona nie ma żadnych ,,was", przejrzyj wreszcie na oczy, elfie. Saskia nie ma ,,was". Ona ma ciebie, ty z kolei masz resztę Scoia'tael. Pogłoski, o gorącym uczuciu, jakim ją podobno darzysz, dotarły już nawet do uszu Henselta.
- Dobrze więc, Gwynnbleid. Zagramy wedle twoich zasad. - elf uśmiechnął się niewesoło. - Powiedzmy, że faktycznie...Darzę Saskię głębszym uczuciem. Co w związku z tym?
- W takim wypadku najlepiej jej o tym powiedzą twoje czyny, Aen Seidhe. Kochasz ją? Więc jej to okaż.
- Nie wiedziałem, że znasz się na uczuciach, Gwynnbleid.
- Bo się nie znam. - Geralt wstał, po czym otrzepał spodnie z trawy - Wiem tylko, co się sprawdziło w moim przypadku. Bywaj, Iorweth.
- Va fail, Gwynnbleid. Va fail.

***

Powiedz jej, Iorweth, mówiła mu Nanaviel. Czyny jej powiedzą, stwierdził Gwynnbleid.
Co ja w ogóle o tym myślę, zapytał sam siebie Iorweth. Co ja czuję, czego ja chcę?
Chcę ją chronić, chcę jej uśmiechu, chcę jej głosu, chcę jej serca, chcę ją całą...
- Iorweth! - z zamyślenia wyrwał go głos Saskii.
- Nie śpij, Lisie, nie w drodze.
- Squaess'me, Saskia... - mruknął w odpowiedzi, pocierając czoło dłonią - Zamyśliłem się.
- No to lepiej się odmyśl, bo jesteśmy prawie na miejscu.
Scoia'tael, Saskia i Filippa szli wąwozami w stronę elfickich ruin Loc Muinne. Mieli się tam zebrać królowie Północy, by rozstrzygnąć o losach świata po śmierci Demawenda, Foltesta i Vizimira; a tam, gdzie Keadwen, Temeria i Redania nie mogło zabraknąć Aedirn.
- Yea, yea...Masz jakiś konkretny plan?
- Dojdźmy pod mury, a potem się zobaczy.
Szedł kilka kroków za nią. Saskia kroczyła pewnie i szybko, z wyprostowanymi plecami, od których co krok odbijał się długi, jasny warkocz.
W pewnym momencie zerknęła przez ramię na elfa.
- Iorweth?
- Słucham, Smokobójczyni.
- Jeżeli coś nie wypali... Nie czekaj. Uciekaj do Vergen. Dobrze?
Uniósł brwi, zdziwiony rozkazem.
- Cóż... Skoro tak każesz... To tak zrobię.
- Jesteś dobrym Aen Seidhe, Iorweth. - uśmiechnęła się łagodnie Saskia - Szkoda by było, żebyś zginął na próżno.
- Ty też jesteś wspaniała, Smokobójczyni... Gdybyś była Aen Seidhe, byłabyś dumą naszej rasy. - Iorweth uśmiechnął się. Przy Saskii zrobił to po raz pierwszy; miał bardzo przyjemny, nieco marzycielski i tajemniczy uśmiech, który ładnie rozświetlał jego oszpeconą twarz.
Na widok tego uśmiechu Saskia zaśmiała się perliście.
- No, tak lepiej! I z takim uśmiechem masz mi wyżynać Kaedweńczyków!

***

Co było potem - tego już Iorweth tak naprawdę nie pamiętał. Nawet w późniejszych latach miał problem z przypomnieniem sobie, co się działo.
Pamiętał krzyki, krew, śmierć. Szczęk mieczy, brzęk cięciw. Krzyki ranionych, jęki konających.
A potem, nad całym tym piekłem, wzniosła się ona, złota smoczyca, Saesenthessis. Córka Villentretenmertha i Myrgtabrakke.
- IORWETH, DO KURWY NĘDZY, NIE GAP SIĘ!
Nim zdążył zareagować, rzucił się na niego vatt'ghern Gwynnbleid.
- Co ty wyprawiasz, Dh'oine?!
- To nie jest Saskia! Nie stercz tak, bo cię spali!
Ukryli się w zrujnowanym kanale. Iorweth spojrzał na wiedźmina.
- Jeśli ten smok to nie Saskia, to kto?
- De Tancarville i Filippa przejęły nad nią kontrolę. To nie jest twoja Saskia; to ich marionetka.
Elf zamrugał.
- Od kiedy..?
- A bo ja wiem? Od miesiąca, może dwóch.- Geralt wzruszył ramionami - Nie wiem i mnie to nie obchodzi. Wiem tylko, że ktoś musi coś z tym zrobić. W Loc Muinne jest teraz dwóch wiedźminów - ja i Letho. A z racji faktu, że Letho jest nieco zajęty...
Geralt zawiesił głos, dając elfowi do zrozumienia, jaki ma plan.
Iorweth spojrzał na niego.
- Nie zabijaj jej. - powiedział tylko - Daj jej odejść.
- Zobaczę, co w mojej mocy - rzucił przez ramię Geralt, wspinając się do wyjścia z kanału - Nic nie mogę ci obiecać.

***

Kilka godzin później Iorweth szedł drogą z Loc Muinne do Vergen. Całe jego komando uciekło, gdy wydał im rozkaz; on sam ruszył w drogę dopiero, gdy zobaczył, jak złota smoczyca opada na ziemię.
Szedł przed siebie szybkim krokiem, nie zwalniając ani na chwilę. W pewnej chwili usłyszał w krzakach szelest. Nałożył strzałę na cięciwę i naciągnął, celując w krzaki.
Wyłoniła się z nich umazana krwią, potargana, poraniona Saskia w podartym ubraniu.
Iorweth rzucił łuk na ziemię i dopadł do dziewczyny.
- Saskia..!
- Spokojnie, przecież żyję... - uśmiechnęła się z trudem. - Wiedźmin mnie nie dobił i chwała mu za to.
- Dasz radę iść? Do Vergen daleka droga.
- Raczej dam...
Zrobiła krok, po czym upadła, sycząc cicho.
Iorweth westchnął, po czym klęknął obok i pomógł jej wstać.
- Mogę cię zanieść, jeżeli chcesz.
- Nie trzeba, dam sobie radę...
Po chwili znów upadła. Iorweth stracił cierpliwość.
- Saskio, ja wiem, że smoki mają to do siebie, że stosunkowo szybko zdrowieją, ale nie mamy czasu. Mamy na ogonie Kaedweńczyków i Temerczyków. Albo dasz mi się nieść, albo tu zostajemy. Oboje.
- Dobrze więc, skoro tak stawiasz sprawę... To nieś mnie.
Podniósł ją bez trudu; była o wiele lżejsza, niż się spodziewał.
- Wiesz, Iorweth... Zawsze myślałam, że wszystkie elfy są smukłe i wiotkie. - stwierdziła Saskia, przyglądając mu się uważnie - Wiesz co?
- Nie wiem. Co?
- Masz bardzo ludzkie ciało.
- Mam to uznać za komplement, beanna?
- Jeżeli chcesz... - westchnęła, opierając głowę o jego ramię - Muszę odpocząć...
- Więc śpij, ja cię nie będę budził...
- Nie o to mi chodzi! - potrząsnęła głową - Chodzi mi o odpoczynek od wojaczki. Czas, by Stennis wreszcie sam się zajął swoim krajem. Ja mam swój... Wiesz, że nigdy nie miałam czasu na bycie prawdziwą kobietą?
- Co masz na myśli?
- Nigdy nikomu nie gotowałam... - przymknęła oczy - Nigdy nie czekałam, aż ukochany wróci do domu, nie zajmowałam się domem... Nigdy nie się nie kochałam, nigdy nie włożyłam sukienki...
- Więc czas to nadrobić, nie sądzisz? - uśmiechnął się Iorweth - Nigdy nie jest za późno, smoki przecież są długowieczne.
- Lisie, co ty masz zamiar teraz ze sobą zrobić? - zapytała sennie - Elfy i krasnoludy mają się gdzie podziać, bo Dolina Pontaru jest niezależna od Nilfgaardu... Nie macie już po co walczyć. Co dalej, Iorweth?
- Odczepię kitę. Odwieszę łuk na ścianę. Kupię dom, ożenię się. Ustatkuję. - Iorweth wzruszył ramionami. - Nie wiem. Co ma być, to będzie.
- Odejdziesz ode mnie?
- Złożyłem przysięgę, że nie odejdę. - pokręcił głową elf - Zostanę w Vergen, to wiem na pewno. Lubię to miasto.
- A ja lubię cię mieć przy sobie. Wiesz, przydałby mi się ktoś taki, jak ty... Mężczyzna. Nie chłopiec, nie idealista-romantyk, nie wojownik-sadysta. Po prostu, mężczyzna. Silny, odpowiedzialny i wytrwały.,
Zbity z tropu Iorweth zerknął na Saskię. Ta, niewzruszona, kontynuowała.
- Ty w ogóle nie przypominasz elfa. Nie jesteś piękny, masz oszpeconą twarz. Nie jesteś smukły i delikatny, masz zdrowe, męskie ciało. Nie żyjesz ideałami, bo sam nimi jesteś. Chciałabym, żeby ktoś taki towarzyszył mi już zawsze.
Zamiast odpowiadać, Iorweth - dalej trzymając Saskię na rękach - usiadł pod drzewem. Usadził ją obok i objął ramieniem.
- Chciałbym - zaczął powoli, z pewnym trudem - żeby w domu czekała na mnie piękna, mądra kobieta. Nie słodki podlotek, tylko kobieta. Chciałbym, żeby ona mnie kochała tak, jak ja kocham ją. Chciałbym, żeby przy innych była silna, a przy mnie - słaba. Chciałbym być silny tylko dla niej. Moja wojna się skończyła, nie muszę być silny dla innych Scoia'tael.
- Co teraz z nami będzie, Iorweth? - zapytała cicho, niepewnie Saskia, spoglądając na jego twarz. Wyglądała zupełnie nie jak Saskia Smokobójczyni, którą tak kochał lud; ta siedząca pod drzewem dziewczyna była przerażona, zmęczona i niepewna jutra.
Nim otworzył usta, by odpowiedzieć, Iorweth przypomniał sobie, co mówił mu Gwynnbleid.
W takim wypadku najlepiej jej o tym powiedzą twoje czyny, Aen Seidhe. Kochasz ją? Więc jej to okaż.
Nachylił się i pocałował ją w miękkie, jasne wargi. Jej usta smakowały miodem, śmiechem i nadzieją; jego były szorstkie, czuć było krew, desperację i dym.
Odwzajemniła pocałunek, przymykając oczy.  Objęła go za szyję, mocno, rozpaczliwie. Chciała pobyć słaba.
Przyciągnął ją do siebie, smakując to nieuchwytne marzenie, które wreszcie było jego.
Gdy się od siebie odsunęli, oczy im błyszczały.
- Kocham cię, Saskio Krasnolica... Kocham cię, możesz być przy mnie słaba i na mnie czekać, bo niczego tak nie pragnę, jak zostać u twojego boku.
Saskia uśmiechnęła się.
- Więc zostań, Iorwecie, Lisie Puszczy... Zostań, bo... Bo ja także cię kocham. Za to, że nie odszedłeś, choć mogłeś to zrobić. Za to, że dla mnie walczyłeś i że nieustannie byłeś tuż obok. I za to, że nikomu nie powiedziałeś, kim jestem...
Uśmiechnął się na widok tej nieznanej nikomu Saskii; nie wojowniczki. Nie smoczycy.
Ta Saskia była zwykłą dziewczyną, której trzeba było miłości.

***

Po powrocie do Vergen oboje dotrzymali obietnicy i zostali.
Nie minęło wiele czasu, nim podjęli decyzję o ślubie; pobrali się na elfią modłę, na ukwieconej polanie. Rolę kapłanki wzięła na siebie najstarsza Aen Seidhe, jaką mieli pod ręką, czyli Nanaviel.
Spełniło się jedno z małych marzeń Saskii - po raz pierwszy włożyła sukienkę. Specjalnie dla niej uszyła ją Morva.
Była to prosta, jasnoszara sukienka, odkrywająca ramiona. Była odcinana pod biustem -  w celu zaakcentowania tego Morva wszyła tam szeroki, szmaragdowozielony pas. Rękawy były długie, kończyły się nieco za rąbkiem sukni, który to rąbek - podobnie, jak i dekolt - był wystrzępiony.
- I jak się czujesz w swojej pierwszej sukni? - zapytał ją z uśmiechem Iorweth.
- Trochę dziwnie, ale to całkiem miłe uczucie... Chyba będę częściej się tak ubierać.
- Jeżeli chcesz być dobrą żoną, to niezły pomysł. Pytanie tylko, jak twój lud na to zareaguje.
- To już nie jest mój lud. Teraz to także nasz lud. Po ślubie będziesz traktowany na równi ze mną. - uśmiechnęła się Saskia - Mam nadzieję, że do tego przywykniesz.

***

Ayd f'haeil moen Hirjeth taenverde, powiedział kiedyś Iorweth pewnemu wiedźminowi. Wiedźmin się absolutnie nie zastosował do jego rady; jednak sprawdziła się ona w życiu Iorwetha.
Potem, wiele, wiele lat później, gdy wciąż młodo wyglądający Iorweth spoglądał na swoją smoczą małżonkę, nadal miał w głowie tę jedną myśl.
Nie siłą, lecz śmiałością zdobywaj.