Yura

Nastał wieczór. Mrok pochłaniał ulice portu, ciągle walcząc z wątłym światłem okiennic i miejskich latarni. Po pustym pokładzie starej karaweli „Czarna Mirabelka” zakradał się bury, wychudzony szczur. Szybko i zwinnie przemykając małymi łapkami biegł od dziobu do masztu. Dystans ten najwyraźniej go zmęczył, gdyż gryzoń zatrzymał się na moment przy kupce zwiniętych lin, gdzie spędził chwilę nieruchomo. Po czym ruszył na przód ku wejściu pod pokład. Był już całkiem blisko. Od sosnowych, pełnych szczelin drzwi dzieliło go kilka kroków, więc przyspieszył. W tym momencie z wysokiego kasztelu zeskoczył wprost na niego bury molos, pies kapitana. Nie zdążył on jednak pochwycić gryzonia, który zręcznie omijając bogato usierścione łapy psa dostał się do drzwi i bez większych kłopotów wkradł się do środka, gdzie sprawnie ominął buty wychodzącego właśnie Yure. Najemnik, nie uzyskawszy zgody na wyjście na ląd postanowił, sam sobie takową wyrazić i zamierzał ukradkiem wydostać się ze statku. Po uchyleniu drzwi Yura zobaczył wielkiego, szarego psa pędzącego ku niemu. Zdążył jednak odskoczyć. Molos z wielkim hukiem wpadł do środka odbijając się od ścian runął w dół schodów, wprost pod pokład. Huk z jakim to robił odbił się szerokim echem po statku, echem narzekań i jęków obudzonych ze smacznego snu marynarzy.
Yura przyspieszył więc kroku, przeskoczył burtę i znalazł się na pomoście prowadzącym do brzegu. Już nie musiał się spieszyć, noc była ciemna, a pomost nieoświetlony. Nikt nie mógł go zauważyć. Szedł powoli po zbutwiałych i skrzypiących deskach obrośniętych z rzadka zgnito-zielonymi glonami i mchami. Po jego płucach szalała charakterystyczna wieczorna bryza. Najemnik szedł dalej, drapiąc się po łysej głowie. Drewniany pomost nagle zmienił się w kamienne, wysunięte na kilkadziesiąt kroków w głąb morza molo, z wielką niezidentyfikowaną w ciemnościach nocy rzeźbą na środku. Dookoła niej porozrzucane były skrzynie i beczki pełne po brzegi najróżniejszymi towarami handlowymi.

- Daj miedziaka - odezwał się nagle zachrypnięty głos. Yura nie zauważył jednak wokół siebie nikogo. Cały dzień na pokładzie pełnym nudzących się marynarzy i rumu powodował, że mogło mu się coś przesłyszeć, począł więc iść naprzód.
- Daj nędznikowi - odezwa powtórzyła się, a zza jednej z beczek wyłoniła się siedząca postać.
- Ktoś ty? - spytał najemnik podchodząc do beczki. Już po pierwszym kroku w stronę dobiegającego głosu poczuł odór zgnilizny zmieszany z charakterystycznym zapachem rumu. Z ciemności wyłonił się stary garbaty mężczyzna z długa szpetna brodą otulony w stare, zniszczone łachmany.
- Jam jest nędznikiem marnym, co przez bogów wyklnięty został i na żebractwo skazany - powiedział starzec, po czym ponowił swoje sztandarowe hasło - „daj miedziaka”
- Spiepszaj dziadu na wóde i rum chcesz pieniędzy! - odpowiedział wzburzony Rudy, gdyż tak też na Yure wołali ze względu na kolor brody.
- Informacje - wymamrotał żebrak
- Co?
- Informacje, panie złoty. Siedzę tu całymi dniami, wszystko wiem co się w porcie dzieje i na świecie
- Na gówno mi twoje informacje – rzucił krótko najemnik.
- Kapitan zabronił Wam ze statku schodzić
- A skąd głupcze wiesz, z jakiego ja statku, i że pod kapitanem stoje.
- Panie złoty, jeden statek przy pomoście zacumowany, reszta zakotwiczona w zatoczce przy skałach, a ty na tutejszego nie wyglądasz. Odzienie twoje zaś admiralskiego nie przypomina, więc nad kapitanem nie jesteś.
- Cóż wiec z tego, że zabronił? - zapytał najemnik
- Ano, że niemileby było go w gospodzie jakiej spotkać, a ja wiem, do której się udał - żywo odpowiedział starzec zmuszając najemnika do namyśleń.
- Masz tu miedziaka - powiedział Yura rzucając żebrakowi, wygrzebaną naprędce z sakiewki, monetę.
- A dziękuje
- To gdzie jest kapitan?
- W Pulchnej Mewie na wysokim rynku - odpowiedział nędzarz wbijając nóż w nowootrzymaną monetę, masakrując rysami cesarski profil.
- Co robisz głupcze, pieniądze psujesz
- Ja nie mam króla, jam wolny, więc płacić mordą jego cesarskiej mości Emhyra var Emrei, imperatora Nilfgaardu, władcy Nazairu i Toussaint, namiestnika bogów nad Mag Turga i nowym zarządcą Cintry, zwanym inaczej Białym Płomykiem Skaczącym Po Grobach Wrogów Biały Płomień Tańczący na Kurhanach Wrogów - Rudy poprawił po czym ruszył dziarsko przed siebie i wkrótce pod cholewami ciemnobrązowych trzewików poczuł stały ląd.
Rozejrzał się wokoło. Szczególną uwage zwrócił na fort po przeciwnej stronie rzeki przeszywając miasto i w porcie uchodzącej do morza. Jedna z trzypietrowych baszt była wyjątkowo wypełniona przez strażników.
Pewnie piją – pomyślał, po czym ruszył ku zabudowaniom. Minął kilka wysokich magazynów portowych i zamknięte stragany kupieckie. Nie mógł jednak znaleźć celu swojej podróży.
- Jest tu jaka gospoda? - spytał przechodzącego chwiejnym krokiem bogato przywdzianego mieszkańca
- Panie, daj se pan spokój – Yura znowu przemilczał sytuacje i popatrzył jeszcze chwile na właśnie miniętego mieszczanina, który po kilku krokach pochylił się i porzygał elegancki granatowy płaszcz i świecące w promieniach księżyca, jasne, skórzane buty. Rudy zaśmiał się po czym skręcił w prawo. Dobrze trafił, bowiem uliczka ta, biegnąca tuż przy murze miejskim, wiodła prosto do gospody. Jego nozdrza wypełniała delikatna, aromatyczna woń pieczonego mięsa połączona z nieprzyjemny zapachem moczu i wymiocin, który unosił się po okolicy. Nad wejściem do karczmy najemnik zauważył na starej, spruchniałej i zczarniałej od deszczu desce, czerwoną czcionkę, która układała się w nazwę "Czerwona Puncia".
- No zobaczymy, czy taka ona czerwona - Pomyślał po czym energicznie szarpnął drzwiami otwierając je na oścież. Z wnętrza uderzyła go fala gorąca, pary i hałasu. Najemnika zdziwił fakt, że nikogo nie zainteresowała jego postać, czego oczekiwał po dziarskim otworzeniu drzwi. W karczmie był duży tłok i nikt nawet nie zwracał uwagi na podmuch zimna, który właśnie rozszalał się po sali. Dwa połączone alkierze były szczelnie wypełnione wszelakiej maści gośćmi. Z lewego skraju siedziało kilku marynarzy, których Yura bez większych problemów rozpoznał po luźnych pasiastych spodniach i charakterystycznych kapeluszach. W koncie siedziało kilku możniejszych, głośno dyskutując przy glinianym dzbanie, zapewne piwa. Drugi alkierz wypełniali rybacy, miejska biedota i motłoch, o czym poza strojem świadczyło wyjątkowo plugawe słownictwo i chłopskie przyśpiewki. Rudy spokojnie zamknął wejście i podszedł do wysokiego murku dzielącego alkierze od kuchni i pozostałych pomieszczeń karczmarskich. Widząc nadal brak zainteresowania jego osobą najemnik mocno ciskał blat murku pełną monet sakwę. Jednak i na ten gest nikt nie odpowiedział, co jeszcze bardziej zdziwiło najemnika. Nie mogąc doprosić się nawet o przybycie karczmarza wspiął się wysoki taboret postawiony przy murku i z całych sił krzyknął:
- Kolejka dla wszystkich! - Oczy wszystkich biesiadników momentalnie zwróciły się na niego, nawet zajęty przeliczaniem zapłaty karczmarz odwrócił wielką, tłustą głowę. Na chwile zapanowała cisza, którą przerwał niemal jednogłośny okrzyk - Ave! - wydobywający się z ust zgromadzonych, zarówno bogatszego mieszczaństwa jak ich upojonych na umór rybaków. Na twarzy łysego najemnika zapanował uśmiech okupiony połową sakiewki. Wziął do ust napełniony naprędce przez gospodarza kufel i opróżnił jego zawartość jednym duszkiem, po czym głośno beknął. Zamówił pieczeń wieprzową, kasze i butelkę rumu i dosiadł się do zapraszających go biesiadników. - Miło powitać w Norrington, jam jest Feliks Anhera, rzeźnik - przedstawił się siedzący przy najbliższym stole wielki, gruby mężczyzna z długą czarną brodą opadającą na nagi, spocony i gęsto owłosiony tors. Uwagę na rzeźniku dodatkowo zwracał wyjątkowo nieumiejętnie zrobiony tatuaż smoka na ramieniu, którego kształt przypominał bardziej starą gęś niż mitycznego gada.
- Yura Zurff, najemnik, przez przyjaciół zwany Rudym - przedstawił się Yura ściskając tłustą dłoń brodacza.
- Korfanty - przedstawił się siedzący obok młody panek z wywiniętymi ku górze cieniutkimi wąsikami. Po nim zaś kolejno przedstawili się: karczmarz Marola, kupiec Hemar, i Inzan, drobny urzędnik portowy.
- Skądże panie jesteś? – odezwał się urzędnik
- Z Cesarstwa, w Kompani Handlowej młodszym oficerem najemnym jestem.
- Tego myśmy się domyślili, ale z jakiej prowincji? - zapytał starszy czarnowłosy, krótko ostrzyżony kupiec, drapiąc się po wielkim brzuchu.
- A czemu o to pytacie? - zapytał zdziwiony Yerten
- Bo tam wojny - odezwał się Korfanty, głaszcząc ledwo co wyhodowane zawinięte wąsy.
- Wojny na północy, a ja z Gemmery.
- Bywałem tam kiedyś – dodał Inzan, zamyślając się
- A co tu na wyspie słychać? - zapytał najemnik – pierwszy raz jestem, jest tu coś obejrzenia warte?
- Jaka to wyspa, zadupie cholerne - odezwał się ponownie wąsaty panek tym razem poprawiając zielony kubrak
- Milcz gówniarzu, o ojczyźnie mówisz! - pouczył karczmarz, który właśnie dosiadł się do ich stołu
– Nie ma nic tu na Nori, trzy wsie na krzyż, trochę roli i miasto, ot cała wyspa. – odpowiedział gospodarz po czym głośno westchnął – tubylcy się tylko buntuja co chwilę, nie mogą pojąć tej całej kolonizacji.
- A czemuż to tym razem kompania większy statek przysłała, okraść nas chcecie? - przedłużył rozmowę inny, łysawy, starszy biesiadnik
- Kompania chce założyć tu faktorie handlową - odpowiedział Yura zgarnując resztki pieczeni do kaszy - a ty starcze kim jesteś?
- Benigdy, stary marynarz i rybak ze Skelige.
- Ze Skelige, kawał drogi, co Cię tu przywiało?
- Piraci zaatakowali mój statek, trzech nas się uratowali nazairscy rybacy, potem kilka lat tułałem się po Cesarstwie aż mnie do koloni wywieźli i tu osiadłem na mieliźnie życia. Mówisz, że faktorie tu chcą założyć...
- Tak właśnie
- A no i dobrze, z wyspą coraz gorzej…
- Dlaczego tak mówicie? - zapytał z zaciekawieniem Rudy, pochłaniając kolejne łyżki gorącej kaszy
- Port nasz, na świat okno zamyka się coraz bardziej. Kiedyś to handel był wielki, kupcowie bogaci przypływali, magowie mieli tu swoja rezydencje, zioła nasze i tytoń workami sprzedawano, teraz tylko kompania od czasu do czasu coś kupi, a to i też nie od nas jeno prosto od tubylców. Źle się dzieje. W forcie namiestnik choruje, dobrodziejca nasz. On miasto rozwinął, mury pobudował a teraz i on i miasto umierają.
- Tak to już panie na tym świecie - odpowiedział filozoficznie Yeura - ale co Wy tu narzekacie, ja słyszałem, że tu dużo możnych na walki przyjeżdża
- Ano racja, przypływają, zostawią statek, ale juz u nas nie balują, jeno prosto do Drohmy do areny. Tam to się dopiero rozwija, wieś zwykła i prosta była, a teraz to nawet bank tam mają. - kontynuował narzekanie brodaty grubas
- A ten bank to tylko dla tych możnych co na walki obstawiają. Tam plugastwo, ciemne interesy, wódka i dziwki, speluna do bogaczy - wtrącił się gospodarz.
- Jutro znowu walki tam będą, możesz jechać, pół dnia drogi, a jaka arena piękna – zachwalał Korfanty – Ja tam jeżdżę walki obstawiać.
- Poczekamy zobaczymy, a teraz panowie dość już żalenia nad światem - powiedział najemnik wstając do toastu - Wypijmy za gorzelników, coby nam rumu i piwa nie brakło!
- Za gorzelników! - ryknął tłum, stukając szklanicami, kuflami i wszelakiej maści pojemnikami zawierającymi alkohol, potem zaś każdy wrócił do swojej gawędy
- Jakie tu piwo macie mości karczmarzu – zapytał Rudy przyglądając się opróżnionej flaszce rumu – rum się na morzu znudził, coś innego bym się napił
- Ano panie, mam ja piwa cztery gatunki – pochwalił się gospodarz – mam „Czarnego Smoka” i „Boksera” prosto z importu, mam też nasze norińskie tanie szczochy i „Cesarza”
-„Cesarza”? – zapytał najemnik
- Ano „Cesarza”, tu w mieście pędzone, burmistrz kazał tak nazwać, na cześć nowego następcy tronu, tego co kazał na siebie Promyk mówić
- Kończ dziamotać Marola, idź po dzban, obalimy „Cesarza”! – wykrzyknął rzeźnik. Było już blisko północy a w gospodzie właśnie zaczeło się wielkie biesiadowanie. Feliks, Hemar, Inzan, Korfanty i Yura zaczęli pić i bawić się śpiewając marynarskie pieśni przy akompaniamencie siedzącego w kącie i grającego na harmonijce czerwonoskórego tubylca.

--O--

- Rudy, hej, jedziemy? - ponowił pytanie
- Nie mam czasu młody, robota - odpowiedział Rudy nie mogąc wymyślić nic innego by spławić chłopaka. Miał pecha.
- Macie dwa wolne dni! - krzyknął przybyły właśnie kapitan - ogarnijcie tu troche i możecie iść
W odpowiedzi dało się usłyszeć liczne krzyki zadowolenia, ryki i śmiechy, uradowana załoga szybko ułożyła skrzynie, beczki i inne towary przeznaczone na handel, po czym w mgnieniu oka ruszyła w stronę miasta.
- A ty Rudy, czemu nie lecisz? - zapytał kapitan zeskrobując przyschnięty kawałek mięsa z okolicy dolnej wargi. Nie wyglądał najlepiej, podkrążone, czerwone oczy, suche wargi i niestabilne nogi oznaczały jedno - kapitan zabalował.
- Dlaczego mamy wolne? - zapytał Yura
- Nie ma gubernatora, popłynął do Nilfgaardu, ale ma wrócić na dniach – odpowiedział kapitan i ruszył skacowanym krokiem w stronę statku
- No to jedziemy? - zapytał kolejny raz Korfanty przyglądając się odchodzącemu kapitanowi
- No dobra młody, a co to za walki i gdzie one?
- Tak sądziłem, wiedziałem, że dzisiaj nie będziesz za wiele pamiętał. Wino, piwo, rum, jedyne czego przed śmiercią nauczył mnie ojciec to: nie mieszaj!
- Zamknij się i prowadź.

--O--

Z miasta wyruszyli w samo południe, upał był niemiłosierny, toteż zaraz za miejska bramą Yura sięgnął po menzurkę. Początkowo jechali wygodnym kamiennym traktem, jednak gdy minęli otaczające miasto, farmy, rezydencje magów zamienioną na stajnie dla bydła, i mały brzozowy gaj, nawierzchnia drogi zmieniła się w twardą, czerwoną, ubitą ziemię poprzecinaną szczelinami świadczącymi o długotrwałej suszy. Dookoła rozciągały się wspaniałe widoki, rdzawe, skaliste, zaostrzone szczyty gór w oddali, niżej wzgórza porośnięte makią i innymi sucholubnymi roślinami, a jeszcze niżej plantacje tytoniu i kukurydzy nawadniane dziesiątkami wijących się niczym wstążki kanałów i rowów. Kolejne plantacje oddzielały od siebie rzędy drzew lub niskich murów misternie ułożonych z polnych kamieni. Gdzieniegdzie ponad uprawami dało się zauważyć prymitywne zabudowania rolnicze przykryte trzciną oraz specjalne śluzy na kanałach utrzymujące stały poziom wody. Droga, którą jechali wiła się jak wąż pośród tego rolniczego mechanizmu, to skręcała na lewo i prowadziła przez most nad jednym z kanałów, to znów łukiem kierowała się na prawo granicząc z kamiennymi murkami oddzielającymi pola i tworzącymi malownicze, aczkolwiek wyjątkowo niskie tarasy uprawne ciągnące się aż do samej wioski do której właśnie dojeżdżali. Niewielki okrągły dziedziniec najeżony ogniskami otaczało kilkanaście farmerskich chat i parę egzotycznych drzew. Chaty wyglądały niemal jednakowo, każda okrągła, na kamiennej podmurówce do pasa i trzcinowym, niskim dachem. Całą zaś osada osłaniana była łatanym, starym ostrokołem, przed którym tuż obok traktu stał ceglany nieduży dom zarządcy wsi. Zaś na samym skrzyżowaniu ścieżki do wioski i drogi stał rzeźbiony, kamienny, wysoki na trzy łokcie obelisk z herbem informujący o połowie drogi z miasta do Drohny.
- Jeszcze tylko cztery werszty - szybko przeczytał Korfanty, po czym obaj ostrogami przyśpieszyli swoje konie.
Właśnie wjechali w głęboki, wąski wąwóz porośnięty z obu stron klującymi, bezlistnymi krzakami i drzewami akacji. Dookoła zrobiło się orzeźwiająco zimniej. Liściaste akacji dokładnie okrywały cieniem cały wąwóz, więc nareszcie mogli odpocząć od upału. I właśnie wtedy pokryte kolcami akacje zaszeleściło, nie byłoby w tym nic dziwnego, ale szelest ten był wyraźnie nienaturalny. Rudy jadący z tyłu zwolnił delikatnie konia by się rozejrzeć. Odwrócił głowę by zobaczyć wejście do wąwozu. Nie zauważył nic specjalnego, było cicho i spokojnie, Yura znał ten spokój, nie wróżył on nic dobrego.
- Troglodyci! - wrzask Korfantego przerwał ciszę tak jak piorun przerywa niebo w ciemną burzową noc. Yura natychmiast odwrócił głowę. Kilkunastu jaszczuroludzi zbiegało, zeskakiwało lub staczało się ze zboczy wąwozu z niewyobrażalną prędkością i impetem. Łapali się gałęzi skacząc z nich w dół, biegnąc i znów szybko wskakując na kolejne położone niżej zarośla, odbijali sie od konarów i pni tworząc zygzakowate ścieżki swoich ruchów. Kilka stworów stało na szczycie trzymając w swoich błoniastych, zeschniętych i pełnych pęcherzy łapskach po kilka niewielkich kamieni. Nagle jeden z nich, wydał z siebie niewyobrażalnie dziki, głośny dźwięk przypominający odgłos rzygania, po którym to dźwięku reszta potworów cisnęła kamieniami w dół wąwozu celując w podróżnych. Rudy wykonał szybki unik, kamień wielkości pięści ominął go o włos, po czym wbił się na głębokość cala w suchy trakt. Siła z jaką jaczury prowadziły ostrzał zszokowała najemnika, i automatycznie, nieświadomie spowodowało to wydobycie się z jego gardła dźwięcznego...
-Kurwa mać! - z charakterystycznym podkręśleniem "R" - Młody, bierz jakąś broń, zabawimy się! - dodał Rudy dobywając zza pleców marynarski kordelas. Troglodyci byli coraz bliżej.
-Ale ja nie mam broni - odpowiedział młokos ciągle unikając nadlatujących kamieni
-Co z Ciebie kurwa za facet, jak nie masz czym bronić swojej dupy! - Yura wyraźnie się zdenerwował, nie pierwszy raz z resztą musiał za kogoś nadstawiać karku, choć w tym przypadku nadstawiał także za siebie - Bierz mój! - młokos zręcznie złapał podaną broń, którą natychmiast użył ucinając pierwszemu z płazów prawą łapę z zaostrzonymi jak brzytwy szponami, po czym wbił marynarskie ostrze w kark stwora.
Rudy szybko podbiegł do swojego konia, z juków wyjął kolejną broń, tym razem była to lekko zakrzywiona półtorałokciowa szabla. Następnie zgrabnym klapsem pogonił konia, w ślad za którym poszedł drugi. Pole walki było czyste i gotowe do nadchodzącej masakry. Zaczęło się - z lewej jeden z troglodytów odbił sie od leżącego na krawędzi starego pnia i właśnie leciał w ich kierunku wyciągając przed siebie śmiertelnie niebezpieczne łapska i byłby nimi dziabnął Rudego, gdyby ten nie odskoczył. Z drugiej strony zaatakował kolejny, szybko kończąc swój żywot nabijając się na broń Rudego. Inny płaz biegł na nich, ze strony wlotu do wąwozu. Trójpaczaste szpony z wielkimi impetem zaatakowały Korfantego rozszarpując mu lewe ramię, z którego powoli spływała purpurowa krew. Młokos nie miał jednak czasu się tym przejmować, a ból wprowadził go w taką furię, że nie tylko dobił gada, ale też młynkiem rozcharatał resztę przybyłych stworów w zasięgu broni. Yura tymczasem skrupulatnie zabijał jednego po drugim. Ostrzał kamieni ustał. Na środku traktu pozostało tylko trzech, z których jeden przymierzał się właśnie do kolejnego ataku na najemnika, jednak ten szybkim machnięciem marynarskiego ostrza pozbawił napastnika posępnego, jaszczurzego pyska. Duże okrągłe oczy odrąbanej głowy zmętniały, zczarniały i zamarły. Sama zaś głowa wydzielając dużą ilość ciemnobrązowawej krwi upadła na rudą, wyschniętą norińską ziemię. Kamienie już nie nadlatywały. Pozostałe dwa w tym czasie zostały brutalnie zarąbane przez Korfantego, który mimo iż wszystkie gady były sztywne nadal w furii ciachał i rąbał je na kawałki. Yura nie zdążył nawet wytrzeć potu z czoła, gdy zauważył kolejnych jaczuroludzi. W ich stronę biegła kolejna fala jaszczurów.Rudy wykorzystał tą chwilę do rozerwania niegdyś białej koszuli na piersi, by nie krępowała mu ruchów. Ledwo zdążył to zrobić, gdy bestie już do nich dobiegły. Korfanty właśnie przebił jednego z bydlaków na wylot, żelazna klinga zabarwiła się na ciemnobrązowo. Pierwsza fala juz prawie cała dobiegła na dno wąwozu, Rudy oparty plecami z młokosem po kolei siekli nadciągające jaszczury, wokoło leżało już kilka gadzich trupów
- Z lewej! - ostrzegł młody, Yura błyskawicznie zablokował atak, jaszczur odskoczył dwa kroki w tył wtedy najemnik precyzyjnie amputował mu prawą kończynę. Kij z trzymającą go zakurzoną, złotouskatą i wysuszoną łapą upadł. Upadł niemal idealnie w tym samym momencie, w którym cięty w bok przez Korfantego inny gad.
- Nieźle młody - ze szczerym podziwem skomplementował ubrudzonego zeschniętą krwią młokosa. Korfanty skórzanym butem potraktował zdychającego u jego nóg stwora, znowu przywarli do siebie plecami. Kolejna fala tym razem liczniejsza, była o kilka kroku od nich. Jeden z jaszczurów, charakterystycznie mniejszy i zapewne młodszy dzierżąc w ręce krótki gruby korzeń odbił się od porośniętego mchem głazu i niczym dzika małpa wyskoczył kilka jardów w górę na akacyjną gałąź z której niemal odrazu wybił się ujmując pałkę w dwie łapy leciał prosto na Korfantego
- w dół! - krzyknął Rudy, młokos nie zdążył się zorientować, kawał twardego drewne uderzył go w czoło. Chłopak runął głucho na trakt.
- Niech to szlag! - krzyknął Rudy odpychając kolejną bęstię, by dostać się do towarzysza. Był już krok od niego, widział jego ciężkie ruchy wargami, jakgdyby chciał coś powiedzieć, już wyciągał do niego ręke gdy poczuł niewyobrażalny ból. ostre pazury troglodyty przeszyły mu prawą łopatkę na głębokość półtora cala, zarysowywując przy tym kość. Najemnikiem owładnął zimny dreszcze, jego kark wyprężył się pokazując wyraźnie pulsujace żyły. Twarz zrobiła się czerwona, ale był przytomny i mógłby nadal walczyć gdyby nie ten sam korzeń uderzający go w potylice. Przed jego oczami zapanowała ciemność, a uszy opanował głośny szum, przerwany odgłosem swojego własnego ciała uderzającego o twardy grunt. Jeszcze był przytomny, miedzy szumami i bólem czaiła się podła myśl o niechybnie nadchodzącej śmierci, nie trwała jednak długo, skończyła się razem z przytomnością najemnika.

--O--

Obudził się obolały, ale uradowany, cieszyła go myśl, że nadal może zakończyć swój żywot w godny sposób, z jakąś elfią dziwką u boku lub poprzez utopienie się w piwie, śmierć z ręki przerośniętych jaszczurek, i innych przerośniętych bestii uważał za mało atrakcyjną.
Nie wiedział, gdzie jest, wiedział, że żyje. Życie wyraźnie mu to przekazywało pod postacią olbrzymiego bólu głowy i prawej łopatki. Podparł się na rękach i przysiadł opierając się o zimną wilgotną ścianę. Potarł dłońmi twarz, z zakamarków oczodołów wygrzebał resztki snu. W głowie huczało. Nigdy nie czuł czegoś takiego. Nawet po całonocnej libacji przy bimbrze pędzonym z kiszonych ogórków, który uważał za diabelskie dzieło, a który pił niegdyś z gnomami. Za czasów, kiedy pracował jeszcze w kopalniach Mahakamu.
Głowa była ciężka, mimo to obrócił ją by się rozejrzeć. Był w ciasnym, ciemnym pomieszczeniu, na podłodze porozrzucane było kilka snopków siana. Na przeciwległej ścianie tańczyły promienie księżyca wpadające przez niewielkie okienko. Yura ciągle oparty o ścianę myślał o tym co się stało i w sercu zasmucił się z powodu Korfantego. W końcu po kilku chwilach zdecydował się na jakiś ruch, najlepszą opcją wydawało mu się wstanie i rozejrzenie się przez okno, tak też, chodź nie bez trudów uczynił. Okno wychodziło na dziedziniec czegoś w stylu pałacu, kasztelu, grodu. Rudy nie mógł do końca zidentyfikować co to za miejsce, na pewno nie było to Norrington. Na podwórzu był wyjątkowy ruch, co i rusz kilka zaciemnionych postaci przemierzało plac wzdłuż i w poprzek. W oddali Rudy zauważył wysoki, okrągły budynek. Gdzieś już coś podobnego widział, dlatego szybko skojarzył, że to zapewne arena w której miały odbywać się walki. Wieś Drohna o ile dobrze pamiętał. Nie podobało mu się miejsce w którym przebywał. Myślał chwile jak wydostać się z pomieszczenia. Ucieczka oknem nie była możliwa, było ono na wysokości piętra. Podszedł do drzwi i tak jak myślał sporządzając plan ucieczki, drzwi były zamknięte. Nie zastanawiając się długo doszedł do wniosku, że jest jeszcze jeden sposób na wydostanie się z ciasnej, jakby więziennej celi. Zaczął krzyczeć, nie dbając przy tym o to, że jest noc, w okolicy mogą być dzieci, oraz o to, że strażnicy siedzący na dziedzińcu przy ognisku słyszą jak obrzuca ich niecenzuralnymi wyzwiskami, wśród których to na "ch" było jednym z lżejszych. Nie musiał długo czekać na reakcje, w kilka chwil usłyszał czyjeś kroki za drzwiami, dźwięk otwieranego zamka i skrzypienie pchniętych drzwi, do pomieszczenia szybko wskoczył niewysoki starszy mężczyzna, trzymając w ręku masywny mosiężny świecznik. Zrobił kółko po pokoju, zatrzymał się i wciąż drżąc, bardzo szybko i nie do końca wyraźnie wyjąkał piskliwym głosem:
- Po.. po... pojebało Cie? O... oo obudzisz kasztelana idio.. idioto! U... u.. ucisz mordę!
- Sam ucisz mordę! Czemu mnie tu więzicie?
- Co.. co.. co ty mówisz, jakie więzicie! Pa.. pan mój z drużyną Cie ura.. ra.. tował i go.. gości u siebie?
- No ładnie mi tu gości, cela i siano!
- Nie.. nie drzyj się ku.. ku. kukurwa!
- Co ty się dzieje?! - zapytał wchodząc postawny, masywny mężczyzna przybany w ciemnozieloną jedwabną szatę nocną, potocznie określaną mianem piżamy.
- Mó..mój panie, ten ot oto człowiek wy.. wydziera się, że go wię.. więzimy - odpowiedział zgrabiony sługa
- Odejdź!
- Taa... tak panie!
- Tak za gościnę i uratowanie życia dziękujesz - zaczął wyraźnie zdenerwowanym głosem kasztelan
- Proszę mi wybaczyć krzyk, ale czy gości nie powinno się lepiej traktować?
- Z mojej łaski wciąż żyjesz łajzo, idź spać, jutro porozmawiamy! - zakończył rozmowę gospodarz, trzaskając drzwiami zaraz po wyjściu.
Rudy podszedł do legowiska, podgarnął siano na kupę i powoli, obolałe położył sie na niej. Sen przyszedł natychmiast, ale i natychmiast musiał ustąpić. Zza ściany dobiegał płacz, Yura nie mogący dalej spać w takich warunkach wstał, otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Dźwięk narastał. Szlochanie dobiegało zza małej komody. Najemnik podszedł bliżej. Za meblem siedział wtulony w kolana mały chłopiec. Rudy nie wiedząc co robić podszedł bliżej i delikatnie szarpnął dziecko w ramię. Chłopiec podniósł głowę. Spod brudnego czoła na Yurapatrzyła para wielkich, niewinnych oczu, wzrok z jakim patrzyły na najemnika wprowadził go w zakłopotanie. Nagle nie wiadomo czemu chłopiec doskoczył i mocno przytulił się do pasa Rudego, po czym wznowił szlochanie ze zdwojoną siłą. Nie mogło to ujść uwadze strażników, co potwierdziło przybycie na miejsce jednego z nich.
- Co tu się dzieje?! - wykrzyknął pytanie przybyły żołnierz w podeszłym wieku
- No.. - Rudy nie wiedział co powiedzieć, więc odpowiedział to co widział - dziecko płacze
- To ja widzę, zamknij mordę bachora tatusiu!
- Ale to nie mój dzieciak - odpowiedział z zakłopotaniem usiłując uciszyć chłopca
- To ja się nim zajmę - powiedział strażnik, wyszarpując dziecko od Rudego i ciągnąc je za sobą w stronę wyjścia - Pójdziesz ze mną smrodzie! - W chwili gdy kończył to zdanie chłopiec ugryzł go w rękę.
- O Ty chujku mały! - wykrzyknął żołnierz po czym rzucił dzieckiem o ścianę.
- Pojebało Cię? Zostaw to dziecko - w końcu zareagował Rudy
- Ty też chcesz dostać wpierdol? - zapytał retorycznie żołnierz po czym zbliżył się do najemnika.
Przez chwilę stali naprzeciw siebie nieruchomo patrząc sobie głęboko w oczy niczym para zakochanych małolatów. Nie były to jednak spojrzenia pełne miłości i miłosierdzia, a tylko zimna gra żołnierskich umysłów. Yura odpadł, pierwszy zamknął na moment oczy, a chwilę tą umiejętnie wykorzystał siwy wojak wyprowadzając potężny zamach zaciśniętą pięścią. Obszycia skórzanej rękawicy, którą okryta była pięść, idealnie odbiły się na policzku najemnika.
- O ty pizdo! - rzucił solidnie zdenerwowany Rudy, po czym spróbował uderzyć prawym sierpowym. Próba nie udała się, poszarpany przez troglodytów bark i łopatka wyraźnie dawały znać, że nie jest z nimi dobrze, pięść będąca już w zamachu zatrzymała się. Ręka opadła. Moment ułomności znowu umiejętnie wykorzystał żołnierz kopiąc Rudego w brzuch. Najemnik zgiął się w pół.
- I co teraz gnido? - zapytał z szyderczym uśmiechem strażnik. Yura nie odpowiedział, stał pochylony. Na czerwonych od bólu skroniach widać było rytmicznie pulsujące żyły. W oddali słychać było tupot kilku par stóp zerwanych ze snu zapewne przez odgłosy walki i płacz chłopca, który ani myślał ustać. Strażnik podszedł bliżej ciągle cicho rechocząc ze swojego przeciwnika. Wtedy Rudy uderzył hakiem. Szczęka strażnika zaskrzypiała. Z otwartych ust wyleciał wysoko lewy górny kieł.
- Uciekaj mały! - krzyknął Yura. Chłopiec niezgrabnie zaczął biec i znikł za zakrętem korytarza, Rudy kopnął żołnierza kilka razy w brzuch i również zdecydował się na ucieczkę. Biegł korytarzem w przeciwną stronę, skręcił w prawo i zauważył wyjście. Jak i poprzednio było ono zamknięte. Z całej siły kopnął podeszwą w wielkie, grube, obite żelazem drzwi, które mimo wielkiej siły nawet nie drgnęły.
- Psiakrew - wymamrotał Rudy po czym przez inne, pobliskie drzwi wbiegł do bocznej komnaty. Okno w kierunku którego począł biec zauważył pierwszym spojrzeniem, więc nie lada zaskoczeniem był dla niego pisk rozbudzonych nagle, służek śpiących do tej pory w kącie. Najemnik, będąc już przy oknie tylko na chwilę odwrócił wzrok w stronę wierzgających po łożach i piszczących dziewek. Panował półmrok, więc nie widział ich dokładnie, jednak zauważył ich młody wiek. Uśmiechnął się i po raz kolejny używając podeszwy wybił cieniutką zabrudzoną szybę, po czym zręcznie wyskoczył na zewnątrz kasztelu. Na dziedzińcu panował zamęt i rozruch, po strażnikach poszła wieść, że w dworze bitka i wszyscy poczęli biec w kierunku drzwi, i głównych na dziedziniec wychodzących i bocznych dla służby w przeciwną stronę zwróconych. Kilku łuczników biegło po murach do trzecich drzwi na wysokości piętra. Nikt z nich nie wiedział co się dzieje, więc nie zwracali uwagi na Yury przechodzącego bez większej skrytości przez sam środek podwórza w stronę koni przywiązanych pod murem, by w razie potrzeby były gotowe. Wsiadał na konia, gdy z kasztelu wybiegł pokonany wcześniej sędziwy strażnik i wskazując ręką w jego stronę wykrzyczał ile sił w płucach.
- Tam jest skurkowaniec, tamten, przy koniach! - Na zawołanie ruszyli wybiegający z kasztelu żołnierze, a łucznicy na murach tuż obok dworu przygotowywali się do strzałów. Rudy był w patowej sytuacji, drogę do bramy zagrodzili biegnący strażnicy, a innego wyjścia nie było. Łucznicy już naciągali cięciwy, musiał ruszać. Musnął boki konia ostrogami i ruszył wzdłuż dziedzińca jadąc po okręgu. Pierwsze strzały zaświszczały, jednak zaraz potem głucho odbiły się od brukowanego podwórza nie raniąc nikogo. Kolejne okna kasztelu zaświeciły się. Rudy okrążył raz jeszcze dziedziniec, nadal uciekając przed goniącymi go żołnierzami, którzy przegrupowali się okrążając go. On zaś spiął konia mocniej i pełnym cwale przedarł się przez pierścień strażników, po czym nadal w pełnym cwale przejechał przez bramę kasztelu. Zaczęto bić na alarm. Drohna, malutka mieścina otaczająca kasztel nadal spała. Jednak milicja szybko zorientowała się co jest grane i pozamykała obie bramy w ostrokole. Rudy zauważył to. Wjechał w wąską, krótką, ślepą uliczkę. Zatrzymał konia tuż po jednym z domów, stanął na siodle i wskoczył na dach, niskiej chaty łapiąc rękami nieregularne dachówki. Po dojściu do równowagi, ranna łopatka dała o sobie znać. Świeża jeszcze rana szczypała i bolała przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Yura z racji bardzo niskiej i gęstej zabudowy wioski bez problemu poruszał się po dachach w ciągłym przykucu. Pogoń z dworu i milicja rozpoczęły przeszukiwanie wioski pozbawiając ostrokół większej ochrony. Tylko bramy były wystarczająco obstawione. Rudy jednak, nie z bram chciał skorzystać, przedostał się już niezauważony na skraj wioski, od ostrokołu i chodnika na nim dzieliła go wąska uliczka, musiał skoczyć. Cofnął się po dachu, niechlujnie zrzucając kilka dachówek, których rozbicie o chodnik ulicy wydało wdzięczny dźwięk. Dźwięk, który usłyszeli już strażnicy, o czym świadczył narastający szmer i odgłosy kroków. Yura rozpędził się, wybił się lewą nogą o wiatrówkę dachu i wyskoczył. Wyskok jednak nie był na tyle silny by mógł spokojnie wylądować na chodniku. Leciał za nisko, i już byłby spadł jak kamień w wodę, gdyby nie prawa ręka, która mimo ogromnego bólu złapała palisadę i podniosła nielekkie marynarskie ciało na blanki, a właściwie pale ostrokołu. Ból był nie do zniesienia, rysując na twarzy najemnika straszny grymas i wyprężając żyły na karku i łysej, czerwonej z bólu i gorąca głowie. Rudemu nie pierwszy raz szło zmierzyć sie z bólem, odkąd zaciągnął się do Kompanii Handlowej, ból, jak i rum towarzyszył mu na każdej wyprawie. Wszędzie bowiem trzeba było machać kordelasem, broniąc statki przed piractwem bądź w karczmarzych rozróbach walczyć o chrzczone piwo. Więc jak w tych sytuacjach i tym razem Yura dziarsko zadarł głowę nie zważając na rany i zeskoczył z palisady na zewnętrzny wał. Teraz musiał tylko biec, a że podczas wielu walk i potyczek, w tym wspomnianych w gospodach również, nauczył się szybko uciekać, umiejętność ta wielce się u niego rozwinęła. Sprint zmieniał się w trucht, ten zaś w marsz. Zmęczenie i łopatka dawały o sobie znać. Rudy był już daleko od Drohny, w jednym z licznych na wyspie zagajników. Zaczęło świtać, gdy najemnik padł, ze zmęczenia pod wysokim, szarym, nie znanym mu z gatunku drzewem. Pierwsze promienie słońca przebijały się przez sękate skały i góry na wschodzie, gdy Rudy usnął.

//Pozwoliłem sobie dodać tytuł. Nie miałem na niego pomysłu więc jest jaki jest ;P Jeśli autor sobie życzy aby go zmienić, niech napisze na maila. - Gawith