Wyprawa po złudzenie

W tej części Nifgaardu noc zapada szybciej. Ciemność pojawia się nagle i znienacka, oplątując strachem każdego zbłąkanego, na tych przeklętych bagnach. Nieświadomy podróżnik, nie wie, że tu żyją najgorsze bestie czyhające na każdego, kto przemierza ich krainę. Często stając się ich pożywieniem lub co gorsza jednym z nich. Tą drogą szedł ubrany w skórzany pancerz, młodzieniec. W ręku trzymał stalowy miecz, na szyi pobrzękiwały najróżniejsze amulety zaś w torbie niósł magiczne napoje, przyrządzone przez starą, wioskową znachorkę.

Chciał zabić słynnego potwora, który ostatnio napadał na wioskę, kradł kury i straszył młode gospodynie. Wójt obiecał wysoką nagrodę za przyniesienie skóry potwora i oczywiście, zostałby szanowanym bohaterem. Do wyprawy przygotowywał się z największą starannością, ostrzył miecz, uczył się na pamięć zaklęć, odwiedzał znachorkę i słuchał rad dziada, który słynną z wielkiej wiedzy. Tamede był bardzo ambitny i odważny, nie bal się bagien ani żadnych potworów. Nie rozumiał strachu dorosłych wojowników, którzy szeptem, w gospodzie opowiadali o piekle na bagnach.

Pewnej niedzieli, po mszy z błogosławieństwem kapłana, wójta i ojca wyruszył w nieznane. Gdy przekroczył granicę lasu, gdzie jedynie panuje ciemność, zaczął odczuwać strach. Idąc po omacku, rozmyślał: „ Dziad mówił, że mam kierować się w stronę słońca i omijać wszelkie gęstwiny ale jak mam dalej iść w takiej ciemności. Do stu pcheł muszę pamiętać o zaklęciach”. Nagle usłyszał trzask łamanych gałęzi i śmiech, przyprawiający o dreszcze skóry. Tak jakby ktoś, pazurami drapał szybę. Tamede nie odwracając się, zaczął biec. Zatrzymał się przy drzewie, wystraszony oparł się o korę: „ Na co mi ta nagroda, jak tu zginę, zachciało mi się bohaterstwa, mogłem ojcu pomagać w polu a teraz czeka mnie tu śmierć w paszczy potwora”. Chłopak nagle poczuł, oślizgły i zimy dotyk na karku. Wyrwał się z uścisku i zaczął uciekać, potykając się o wystające konary. Wszędzie panowała martwa i przerażająca cisza. Tylko w ciemnościach ukazywały się dziwne kształty i czuć było fetor zgnilizny. To miejsce było siedliskiem zła, przejmującego strachu i śmierci. Nawet rośliny potrafiły zabić swoją trucizną. Młodzieniec upadł na trawę, zahaczając o leżący kamień. Poczuł przeszywający ból w kolanie: ”nie mogę wstać, nie będę wołać o pomoc, potwory czają się w ciemnościach, spróbuje magicznych maści zielarki”. Jednak mieszanina nie dała efektów:” ta stara znachorka dała mi jakieś gówno, ona tak się zna na magii jak ja na zabijaniu potworów” z rozgoryczeniem pomyślał chłopak. Czuł, że śmierć jest blisko, słyszał jej zimny oddech, zamknął oczy i czekał. Nic się jednak nie wydarzyło. Powoli uniósł głowę i zobaczył, że niedaleko majaczy słabe światełko. Podczołgał się bliżej, sycząc z bólu. Za drzewami znajdowała się polana na której rosły przedziwne owoce i kwiaty, ich zapach był tak słodki, że mdlił. Światełkiem okazała się niezwykła roślina, emanująca złotą poświatę.

Tamede pamiętając o radach, zachował ostrożność przed dotykaniem tych cudowności. Wiedział, że w każdej chwili może spotkać go niebezpieczeństwo i nie powinien nawet myśleć o zjedzeniu owoców. Nagle usłyszał straszny ryk, cała polana zadrżała. To coś nadchodziło z szybkim, tempem i nie było przyjaźnie nastawione. Powietrze zgęstniało, chłopak zaczął wymawiać wioskowe zaklęcia ale one nie pomagały. Mocniej zacisnął palce na mieczu:” jeżeli mam tu umrzeć, to umrę z godnością, będę walczyć”. Leżąc, z bolącym kolanem, zobaczył przeciwnika. To był Bloedzuiger, potwór przypominający pijawkę z ostrymi jak brzytwa zębami. Poruszał się niezgrabnie, wydobywając przerażające odgłosy. Po drugiej stronie znajdowały się bagna, będące miejscem częstego występowania tych stworów. Potwór poczuł zapach człowieka i po omacku przybliżał się do ofiary. Tamede, podniósł miecz i z modlitwą czekał na śmierć. Krzyczał ze strachu, bezsilności i bólu. Bloedzuiger był coraz bliżej, w powietrzu unosił się okropny smród wilgoci i zgniłego mięsa. Młodzieniec wiedział, że to już koniec. Nie powróci do wioski jako bohater, nie zobaczy już ojca i matki. „Sam sobie wybrałem taki los”: pomyślał ze strachem i żalem. Gdy potwór miał zaatakować ofiarę, nagle chłopak usłyszał świst, ryk bólu i zobaczył, głowę stwora, spadająca na ziemie z głuchym uderzeniem. Młodzieniec podniósł oczy i zobaczy swojego wybawcę. To był Wiedźmin. Poznał po białych włosach i oczach wilka. Gerard nie odzywając się opatrzył kolano chłopaka. Tamede chcąc podziękować, zemdlał.

Ocknął się przy ognisku. On i Gerard byli już za lasem. Nie groziło żadne niebezpieczeństwo. Młodzieniec ze wstydem opowiedział wiedźminowi o swojej wyprawie na bagna. Gerard w tym czasie miał zlecenie na zabicie potwora w lesie od wójta sąsiedniej wioski. Chłopak miał szczęście, że Wiedźmin znajdował się niedaleko i usłyszał rozpaczliwe okrzyki. Nazajutrz dotarli do rodzimej wioski zaś Tamede, choć nie zabił potwora to za swoje męstwo i odwagę został bohaterem. Potworem kradnącym kury okazała się zbyt wybujała wyobraźnia chłopów.