Szczurołap

Lód trzeszczał pod każdym krokiem, choć wiedźmin starał się stąpać bardzo ostrożnie. Uchylał się przed wapiennymi naciekami, zwisającymi ze sklepienia jaskini niczym kły bestii, szczerzące się ostrzegawczo przed brnięciem dalej wprost do mrocznej gardzieli. Mimo to Geralt nie spodziewał się napotkać na swej drodze żadnego monstrum, o czym świadczył stalowy miecz dzierżony w prawej ręce. Tyle wystarcza do zabicia człowieka. Kodeks zabraniał polowania na ludzi, ale tutaj nie chodziło o zabijanie dla pieniędzy, chociaż obiecana nagroda była sowita.

Sklepienie jaskini wznosiło się, a tunel rozszerzał do obszernej groty o ścianach obłożonych lodowymi kaflami. Wnętrze oświetlał lazurową poświatą kryształ, który tkwił u stropu przypominając ozdobny żyrandol. Wiedźmin zatrzymał się i mocniej ścisnął rękojeść miecza. Zza lodowych bloków patrzyła na niego setka dziecięcych oczu, nieruchomych i milczących. Zamrożeni mali więźniowie tkwili tu od wielu miesięcy, odkąd Szczurołap wyprowadził ich w nocy z domów, podczas gdy dorośli spali jak zaklęci. Zaklęta była również muzyka fleta, za którą dzieci posłusznie podążyły aż tutaj. Tylko dwoje z nich wróciło do miasta. Jedno nieme, nie potrafiące opowiedzieć, co się stało. Drugie ślepe i niezdolne wskazać, dokąd poprowadzono resztę. Dopiero ich wspólne wysiłki ujawniły kryjówkę, choć lepiej byłoby dla mieszkańców, aby na zawsze pozostała ona tajemnicą. Wielu rodziców postanowiło odszukać swe potomstwo, a ci, którzy wyruszyli do jaskini w górach, już nigdy nie wrócili. Podobny los spotkał wielu śmiałków, zachęconych nagrodą za głowę Szczurołapa. Mówiło się o potworze omamiającym umysły innych mrocznymi mocami płynącymi wraz z muzyką jego fletu. Któż inny jak nie potwór mógłby zrobić coś tak strasznego niewinnym dzieciom?

Człowiek, pomyślał Geralt. Przełamując swój opór, postąpił jeszcze kilka kroków do przodu i rozejrzał się uważnie po grocie, której koniec niknął gdzieś w ciemnościach. Dzieci wyglądały jak żywe, wciąż rumiane, niektóre z nich uśmiechały się radośnie, inne wyciągały ręce, jakby próbując coś chwycić. Wydawało się, że odgradza je tylko cienka tafla szkła, którą mogą w każdej chwili rozbić i wyjść na zewnątrz. Wiedźmiński medalion drgnął gwałtownie.

- Zachowałem to, co było w nich najpiękniejsze.

W korytarzu, którym przyszedł Geralt, stał wysoki mężczyzna. Powoli ruszył w stronę wiedźmina, zatrzymując się, kiedy ten wysunął przed siebie miecz, dając znak: dosyć, za blisko. W niebieskawej poświacie wiedźmin dostrzegł jego młodą twarz, płowe włosy, pstrokate ubranie typowe dla trubadura oraz trzymany w dłoniach podłużny, skórzany woreczek, który przybysz gładził z czułością. Flet. Geralt napiął mięśnie, gotów błyskawicznie wyprysnąć do przodu, jeśli tylko Szczurołap spróbuje sięgnąć po zawartość woreczka. Przybysz najwyraźniej odczytał tę intencję, bo powoli, nie wzbudzając podejrzeń, wetknął przedmiot za pas, ale rozciągnięte w uśmiechu usta i pewność siebie zdradzały, że to nie jedyny jego atut. Wiedźmin nie miał co do tego wątpliwości. Z jakiegoś powodu jednak Szczurołap wolał go nie drażnić, a on sam także nie miał ochoty na konfrontację. We wszystkich bajkach o demonach zawsze było ciut prawdy, a Geralt nie wiedział, na ile ta zgadzała się z rzeczywistością. Medalion nadal drgał na jego piersi.

- Co cię tu sprowadza, Biały Wilku? – zapytał Szczurołap. W jego głosie nie czuć było wrogości, lecz czystą ciekawość. Leniwym krokiem zaczął okrążać stojącego pośrodku groty Geralta, zachowując wciąż bezpieczną odległość. Wiedźmin nie spuszczał go z oczu. – Przyszedłeś tu szukać sprawiedliwości, tak jak inni przed tobą?
- I chyba znalazłem. Podobno sam siebie nią tytułujesz – odparł Geralt.
- Widzę, że znasz historię.
- Znam historię grajka, któremu powierzono zadanie i obiecano za nie wielką nagrodę – zaczął wiedźmin. – Grajka, który melodią swego fletu oczarował i wyprowadził z miasta wszystkie szczury, tak jak mu kazano, a potem potopił je w rzece. Jednak kiedy zgłosił się po obiecaną zapłatę, przegnano go na cztery wiatry. Pewnej nocy grajek powrócił, ale nie po pieniądze. Zabrał ze sobą to, co było dla mieszkańców znacznie cenniejsze – Geralt wskazał ręką na dzieci uwięzione w lodzie.
- Pewnie liczysz na więcej szczęścia. Wierzysz, że ciebie nie oszukają i wypłacą co do grosza za głowę owego grajka i odzyskanie zguby? - Szczurołap błysnął nienaturalnie białymi zębami, widocznie rozbawiony.
- Być może – Geralt był ostrożny. Bardzo ostrożny. – A może po prostu interesuje mnie los samej zguby, którą ślepa sprawiedliwość wybrała na kozła ofiarnego, który ma za to wszystko beknąć?
- Zatem opowiem ci inne zakończenie tej historii – Szczurołap zatrzymał się i oparł o lodową ścianę, krzyżując ręce na piersiach. - Grajka przegnano i pewnej nocy rzeczywiście powrócił, żądny sprawiedliwości, lecz przekonał się, że ona sama zdążyła rozgościć się w mieście pod jego nieobecność. Nazywała się Czarna Śmierć, Morowa Zaraza. Choć szczurów już nie było, przed śmiercią zdążyły odegrać swą rolę, a wtedy przyszła kolej na dzieci. Grajkowi zrobiło się ich żal. Chciał zachować ich piękno i poprowadził je ze sobą tam, gdzie Czarna Śmierć ich nie dosięgnie, gdzie zawsze będą mogły śnić swe piękne sny, nie czując smrodu własnego gnijącego ciała.
- Mieszkańcy wiedzieli, że dzieci były zarażone? – wiedźmin zapytał podejrzliwie.
- Część z nich zapewne tak. Jednak o wiele łatwiej było im przełknąć, że dotknęła ich spóźniona kara, ręka sprawiedliwości trzymająca zaczarowany flet, przestroga na przyszłość o dotrzymywaniu obietnic. Wszyscy kochają takie historie, odrobinę moralizatorstwa. Niech rozpaczają i ostrzegają innych przed podobnymi błędami, nie wiedząc, że w istocie grajek ocalił ich miasto przed Czarną Śmiercią. Wszystkim wyjdzie to na dobre.
Wiedźmin skinął głową i opuścił miecz. Odprowadziły go roześmiane spojrzenia zza lodowej tafli.