Sobowtór

Gdzieś u podnóża Smoczych Gór, na zasypanych śniegiem pustkowiach mieszkał pewien wiekowy człowiek. Nikt nie pamiętał jego imienia, nawet on sam, w skutek starczej demencji częstokroć mylił swoje własne imię z setką innych, jakie musiał przybierać w ciągu długiego życia. Sam pobudował dom, czerpał wodę ze strumyka, w porach ciepłych uprawiał warzywa, zimą zaś polował na wygłodniałe zwierzęta.

Dość wcześnie stracił rodziców. Przygarnął go dalszy krewny z Wyzimy i zaczął przyuczać do krawieckiego fachu. I kiedy dorósł a w jego umyśle zrodziła się potrzeba ustatkowania, zaczęły go nawiedzać dziwne postacie. Przychodziły wieczorem pod jego mieszkanie, wykrzykiwały coś po czym uciekały. Nierzadko czuł się śledzony między kramami targu, często też dostawał listy, których treści nie rozumiał. Wtedy też poznał człowieka, który zmienił jego życie.

Ciężko było nazwać go człowiekiem. Na widok białych włosów i dzikich zwierzęcych oczu naszemu bohaterowi całe życie stanęło przed oczyma. Widział już ostrze wielkiego żelaznego miecza, już czuł, jak przebija mu płuca, jak z wolna dusi się własną krwią. Nic takiego nie miało miejsca, bo zjawa, choć groźna, była dziwnie znajoma. Obydwoje na swój sposób byli podobni, tak jakby każdy z nich stanowił ucieleśnienie alter ego tego drugiego. Wiedźmin wyznał naszemu bohaterowi prawdę, która powinna go cieszyć, lecz stała się dla niego przekleństwem. Właśnie przez wygląd, przez to niespotykanie podobieństwo musiał porzucić terminowany zawód, ba, całą Wyzimę, którą znał od dziecka. Uciekał przed siebie, choć nie znał świata. Zarabiał siłą własnych rąk jak i intelektem, poznał wszelkie brudy życia, w tym, przez krótką chwilę, także wojnę. Co ciekawe, w sytuacji kiedy nie było już dla niego ratunku, kiedy śmierć była pewna, zjawiał się on, ten drugi, jego sobowtór i nawet wtedy, gdy się nie widzieli, nasz bohater wiedział, że nagłe uwolnienie z więzienia lub śmierć porywaczy nie były zasługą przypadku.

Teraz starzec znów czekał na jego przybycie. Z tamtym czas nie obszedł się łaskawie – przez toksyny, jakimi raczył organizm wyglądał na starszego niż w rzeczywistości był.
Jeszcze bardziej upodobnił się do zjawy. Starzec nie wiedział, gdzie przebywa jego cień, on sam mówił o jakiejś szkole, zatem chodziło chyba o te ich niedostępne miejsca, w których wytwarzali nową rasę, rasę zabójców potworów.
Czekał miesiącami. Spadły już pierwsze śniegi a głodne wilki wyły całą noc, chcąc zgonić bądź przegonić inną watahę. Pewnej wietrznej nocy usłyszał głośne pukanie. Podkręcił mocniej lampę i ruszył wolno, wsparty o laskę, ku drzwiom.
– Kto zać? – spytał zachrypniętym, niemrawym głosem.
– Swój – dobiegło z drugiej strony.
Otworzył wolno drzwi, przez które szybko wsunęła się postać w czarnym płaszczu.
Wiedźmin zdjął kaptur i spojrzał pożółkłymi oczyma na drugiego starca.
– Bracie – powiedział z nutą ulgi w głosie – skończyło się. Można spokojnie umrzeć.
Usiedli za masywnym stołem i wsparli się na nim, jakby strudzeni wielkim wysiłkiem. „A więc to koniec”, myślał starze a łzy zaczęły napływać mu do oczu. Wtedy, w Wyzimie, postawny i silny mężczyzna o białych włosach powiedział mu, że są braćmi, ze wskutek przysięgi ojca jego pierworodny miał być oddany na wiedźmina, w myśl odwiecznej tradycji. Jednak matka powiła bliźnięta, co było opatrznością, ale i przekleństwem. Rodzice postanowili ukryć jedno dziecko przed wiedźminami, drugie zaś miało wypełnić umowę. Oddano tego, który urodził się później, czym złamano przyrzeczenia. Mówiono że jeden z bliźniaków zmarł, że utoną a ciała nigdy nie znaleziono. Postawiono nawet mogiłę, o której szybko zapomniano.
Mimo zmian mutacyjnych, jakie dotknęły młodszego z braci, obydwoje ciągle byli podobni do siebie, w skutek czego intrygi, w jakie wplątano wiedźmina, zaczynały odbijać się na nieświadomym całej sytuacji starszym bracie – musiał zacząć uciekać, gdyż to gwarantowało przeżycie. Stracił szansę na dom, żonę i dzieci, i nigdy nie mógł się z tym pochodzić. Był de facto drugim wiedźminem, tyle że bez nadnaturalnych mocy oraz bez celów, które przyświecały zabójcom potworów. I choć przeżył, paradoksalnie utracił swoje własne życie.
– Myślą, że nie żyję – przerwał ciszę stary wiedźmin – ale jest w tym coś z prawdy – uśmiechną się nieznacznie. – Czas mi już.
– A szkoła? – zapytał z troską starszy z braci.
– Szkoła… Nie ma już szkoły. Mamy dwóch nowych adeptów, przybyli… przed pięciu laty. My też umieramy, jak elfy i jak tradycja. Idzie nowe, ale my tego nowego nie rozumiemy.
Znów zapadło milczenie. Wiatr kołatał w okna, wbijając w szybę płatki śniegu
. – Czasem myślę, jak Ci z Oxenfurtu – starzec uśmiechnął się nieznacznie – spójrz na koniec mojego palca, albo laski, albo na styk twojego miecza. Tam na końcu jest jakaś cząsteczka, jakaś przestrzeń. Może ona jest osobnym światem, takim jak nasz? A jeżeli wszystko zbudowane jest z tych cząstek? Nasze ubrania, nasze kości? Miliardy, nieskończoność… – spojrzał się w płomienie ogniska, tak że rozświetliły one jego pooraną zmarszczkami twarz. – I może w tych światach równolegle żyjemy inaczej, nie musimy tak grać i marnować życia, ty przecież też je zmarnowałeś, prawda? – starzec spojrzał się wymownie na przybysza.
Stary wiedźmin westchnął i położył skostniałe dłonie na stole.
– Ja miałem być przeznaczeniem i dopełniłem to przeznaczenie. Ale pojawiłeś się Ty, choć chciałem tego uniknąć. Stałeś się moim sumieniem. I chyba nadal nim jestem. Jesteś moim ludzkim wzrokiem i sercem, moim ludzkim odczuciem. Nie czuje i nie myślę tak jak ty, ale coś mi mówi, coś co jest głęboko we mnie, że masz rację, że tylko tak jest. Oboje spojrzeli przez małe okno na księżyc, który nagle zabłysną na niebie. Usłyszeli też wycie i obydwojgu mimowolnie zadrżały serca, bowiem w dzieciństwie zawsze bali się wilków.