Śmiercionośna Roślina

Las. Wysokie drzewa zlewają się w piękną całość, liście głośno szumią kołysane przez lekki wschodni wiatr, przepuszczając nieliczne promienie słońca. Gdzieś w oddali słychać płynący strumień. Wszystko to wyglądało niesamowicie na tle wysokich, zaśnieżonych Gór Smoczych. Cadalt szedł, nie spiesząc się, przez wąski, ledwo widoczny szlak. To już druga wiosna od kiedy przeszedł próbę traw i dostał swój medalion w kształcie gryfa. Druga... jak ten czas szybko leci. Jego uwagę przykuł zardzewiały kajdan, przybity to pnia grubego drzewa. Co to w ogóle robi w środku dzikiego lasu? Nie miał czasu na zastanowienie, musiał uchylić się przed lecącym ku niemu kolcem Echinopsa. Skok w bok, piruet z wyciągnięciem miecza i szybkie doskoczenie do rośliny. Dobry plan, ale realia nie te. „Roślina” miała ten zły atut, że miotała zatrutą amunicją na lewo i prawo, a gdy atakowała swoją niby-paszczą zmiatała ze swojej drogi krzaki w odległości dziesięciu kroków. Całe szczęście, że na jej drodze stawały jeszcze drzewa, inaczej z wiedźminem byłoby krucho.
Dodatkowy unik i Cadalt był bezpieczny... w swoim mniemaniu. Dostał bowiem kolcem w ramię, które natychmiast zaczęło mocno krwawić i ropieć.... zatrutym kolcem. „Raz matka rodziła i raz się umiera” pomyślał i rzucił się do ataku. Odbił lecący ku niemu kolejny śmiercionośny pocisk i złożył znak Igni. Nie wziął niestety pod uwagę jednej rzeczy. Zakażenie szybko roznosiło się po ciele. Zamiast wielkiego ogniska z jego rąk wyleciała marna kula ognia, ale to wystarczyło by Echinops przestał siać zniszczenie na jedną chwilę. Moment, który wystarczy do ścięcia potwora jednym ciosem srebrnego miecza. Wystarczył. Cadalt szybkim uderzeniem pozbawił rośliny łodygi. Na swoje szczęście, ponieważ zatrucie mocno zaczęło dawać się we znaki. „Jakby płacili mi chociaż dziesięć dukatów za każdą zabitą potworę to byłbym bogaty... ale nie płacą” - pomyślał i padł na ziemię, żeby z wielkim wysiłkiem wyciągnąć fiolkę z dekotem. Nie zdążył go jednak wypić. Zemdlał...

***

- Marek, wstowoj, trup się obudził!
Wiedźmin w swoim śnie słyszał wiele głosów, także kolejny, mimo że bardzo realny, nie ruszył go zanadto.
- Zamknijże jadaczkę bo pierduły godosz, nie widzisz że on jeno łapo machnął? Jo nie powiem co ty wyrobiosz gdy zdechlakiem po gorzałce leżysz.
Kolejny... wyraźny... ale prawdziwy? Co tam, spojrzeć nie zaszkodzi – krążyło w głowie „trupa” przez długi czas. Przełamał się, z wysiłkiem przejrzał na oczy i zdziwił się gdy zobaczył dwóch wieśniaków stojących nad nim. Właściwie to ten widok go nie zaskoczył, w przeciwieństwie do ulokowanej za nimi wioski.
- O jednak! Rusza się! - widział go wyraźnie. Gruby, obskurny mężczyzna. Ale jednak... wybawiciel?
- Dawaj mu bimbru Stasiu, bo nam na łapach wykituje znowu.
Nie wiedząc co robi, jakby był biernym obserwatorem, wiedźmin chwycił podany mu bukłak z alkoholem i wypił duszkiem. Od razu poczuł się lepiej.
- Panowie... Hyc, nie zrozumcie mnie źle, ale co ja tu robię? - zdołał ledwo wybełkotać, ale widać rdzenni mieszkańcy tych ziem i język pijanych dobrze znają.
- Ano, znaleźlim Cię przy tym... eee... drzewie co to paskudnie śmierdziało. My, panie, jak wynajmujem kogoś do roboty, to zawsze dbamy o te, no, zasady Be... HaBe... kuźwa, o bezpieczenieństwo dbamy. - grubas ciągnął dalej - No i mówię, znaleźlim, gorzałki do ust nalaliśmy i od razu z mordy zielonej się czerwona zrobiła.
- Ciek... hyc... awe. A możecie mi wyjaśnić, dlaczego będąc zatruty chwilę później jestem zd... hyc... rowy? - kolejny zrozumiały bełkot Cadalta.
- Stasiu, nie za dużo mu tego bimbru dałeś? - odezwał się drugi, w przeciwieństwie do „Stasia” chudy wieśniak. - Bo on jeno jeden tydzień jako chwile uznaje.
- Tydzień?!
- Ano. Ale gdyby nie lekarka co akurat panie przez wioche naszo przejeżdżała, to by i tydzień był za krótki. Jeno drogo brała za swoje... mmm... usługi, co by z nagrody twojej zapłaciliśmy za leczenie.
- Ile? - ostatkiem trzeźwego umysłu zapytał wiedźmin.
- Ano, podliczając... ten, no... mhm... dopłacić nam ze dziesięć i cztery... czterdzieści dukatów macie.
- Pięknie, kurwa, pięknie. Nie dość, że o mały włos nie zdechłem, to jeszcze płacić muszę.
- Jak se panie tako robote wybrołęś, to nie noszo dola – chudy tym razem pozwolił sobie na uwagę.
- Dobra. Panowie, jeśli pozwolicie to udam się teraz w swoją drogę.
- Nie pozwolimy! - gruby poczuł się na siłach – Bo płacić musicie mutancie.
Cadalt odpowiedział używając słów dopiero po fakcie. Sztylet wyciągnięty z cholewy buta szybko wylądował przy szyi grubasa.
- Jakżeście sobie dziwkę zamawiali, to nie moja sprawa. Za to, że dawaliście mi pić moje eliksiry, stawiam cały majątek, który też mi zabraliście, wlewając jeden po drugim, nie będę wam płacił. A teraz żegnam, bo nie chcę i was życia pozbawiać. - powiedział przez zęby.
Istotnie. Ze szkatułki z eliksirami zniknęły dwie fiolki, a mieszek przy pasie jakby wyparował...