Pod Butelką

…Wbił miecz w tułów potwora, który runął martwy na kamienną posadzkę lochów. Sheck odciął głowę potwora i usiadł zasapany.
- Cholera. Dlaczego ten bęcwał wybrał mnie do tej roboty?! Tutaj przydałby się czarownik albo wiedźmin czy inny „nieludź”, a nie ja, biedny rycerz - pomyślał chłopak.
Ciężko dysząc, Sheck wstał, wziął łeb plugastwa i ruszył do wyjścia. Otworzył drzwi - oślepił go blask zachodzącego słońca. Zauważył już czekającego na niego Vincenta z paroma gapiami.
-Co tak długo? Gówno mnie obchodzi, że jesteś synem króla. Co tam trzymasz w łapie? Na wszystkich bogów! Schowaj to, Sheck. Straszysz tym ludzi.
- Siemko! - zawołał kapitan straży. Chodź tu i zakop to łajdactwo gdzieś w gnojówce!
- Się robi. Aaaa-psik!
- Sheck, idziemy do karczmy, tam porozmawiamy o zapłacie.
Stanęli obok karczmy znajdującej się w jednej z gorszych dzielnic w Wyzimie - „Pod Butelką”.
- Pamiętaj, chłopie! Lubisz nalewkę, to idź „Pod Butelkę”. Hehehe. - Vincent zaśmiał się grubiańsko i pchnął drzwi.
Siadając przy stole kapitan krzyknął do oberżysty:
- Marian! To co zawsze i piwo dla młodzieńca, na koszt armii!
- No, chłopie. Po tym łbie widać, że to wcale nie był duży szczur. Wyglądało mi to bardziej na jakiegoś kuroliszka. Myślę, że sto pięćdziesiąt orenów wystarczy.
- A ja myślę… - zaczął chłopak
-To nie myśl .Hehe. - rubasznie przerwał mu Vincent.
W tym momencie podeszła do nich karczmarka. Vincent otrzymał nilfgaardzką cytrynówkę, a rycerz rozcieńczone piwo .
- Dziękuję, paniusiu - powiedział kapitan straży, szczypiąc dziewczynę w tyłek. Ta, oburzona odeszła od stołu.
- Baby. Udają niechętne, a w domu każda chce się chędożyć. Hehehe – kapitan wybuchnął nie mniej nieokrzesanym śmiechem.
- Pamiętasz tego białowłosego? On to był pies na baby. Chędożył i chędożył, niestety pewnego razu chciał wychędożyć, ale trafił na mężatkę. Hehe. Rozumiesz? Jej chłop zabił go widłami. Hehehe.
Sheck od razu zauważył, że ktoś przysłuchuje się ich rozmowie.
- Najgłupszy jakiego znałem… - ciągnął Vincent.
Czarnowłosy, wysoki mężczyzna z mieczem na plecach wstał i podszedł do nich. Witam - rzekł. Twarz miał zniszczoną, jakby poparzoną. Był umięśniony, na jego rękach widać było blizny i żyły. Strój miał niecodzienny, lecz nieco zniszczony. W okolicach piersi wisiały przezroczyste manierki wypełnione do połowy jakimś płynem.
- Czego chcesz, przybłędo? - burknął Vincent.
- Słyszałem, że rozmawiacie o moim przyjacielu Geralcie.
- Ano, bardzo możliwe. Jakiś problem?
- Problem? Skądże, tylko proszę by go nie obrażano.
- Idź stąd, śmierdzielu. Będę mówił co chcę i o kim chcę. Hehehe.
- Niestety, nie mogę na to pozwolić. - odpowiedział nieznajomy, wyciągając miecz.
- Głupi włóczęgo, nie wiesz z kim zadzierasz – Vincent sięgnął po miecz do pochwy. Niestety nie zdążył go wyjąć, gdyż nieznajomy w okamgnieniu pozbawił go ręki, po chwili głowy.
Ludzie w karczmie udawali, że nic się nie stało. Przestraszony Sheck siedział na stołku jak wryty.
- Jestem Izen - przedstawił się zabójca. Złapał za sakwę kapitana, odciął ją, wybrał parę monet , po czym rzucił ją chłopakowi.
-Twoja zapłata.To był bazyliszek- Uśmiechnął się do chłopaka i wyszedł z karczmy. Zaskoczony rycerz, nie wiedząc co zrobić, także ruszył do drzwi - trzymał w ręce sakwę.
Na dworze nikogo nie było. Nieco przytomniejąc, młodzieniec otworzył sakwę. Tysiąc orenów. Jeszcze bardziej zaskoczony wrócił do środka. Od razu zobaczył rozmawiającego ze strażą karczmarza.
- To ten, ten! - Marian wskazał na niego palcem.
Jeden ze strażników podszedł do chłopaka.
- Hm, syn króla. Wracaj do zamku, my puścimy pościg za tym przestępcą.
Sheck niespiesznie ruszył do pałacu, tęsknił do swojego łoża. Gdy dotarł na dwór, natychmiast udał się do sypialni. Na łóżku znalazł kartkę. Sheck wziął papier w dłoń i powoli, słowo po słowie czytał:
„Nie wierz w nic, co słyszysz od potworów. Podpisano: Izen.”
Zwitek wysunął się z ręki chłopaka, który bezwiednie opadł na łóżko.

//Pozwoliłem sobie dodać tytuł, którego nie było. Gawith