Historia Białego Wilka #1 - napaść na Kaer Morhen

News - Wiedźmin

Niejaki Pan Śliwak wpadł na ciekawy pomysł - postanowił spisać w formie opowiadania fabułę pierwszego komputerowego Wiedźmina. Serdecznie zapraszamy do przeczytania jego pierwszej części. Komentarze mile widziane. :-)

Ulewny deszcz trwał już wystarczająco długo, aby strumyki zmieniły się w rwące potoki, a suche niczym pieprz ścieżki w zabłocone, pełne ogromnych kałuż bagniste aleje. Błyskawice raz po raz przeszywały mroczne oblicze sklepienia, grzmoty nieustannie huczały to tu, to tam, niby beczki pełne piwa toczone po nierównej posadzce. Bez wątpliwości nadciągała burza. Łupnęło w oddali, aczkolwiek bliżej niż chwilę temu. Błyskawica przeorała niebo na pół, oślepiający blask pozwolił dostrzec majaczące cienie drzew, pojaśniało tak, jakby zapalono pochodnię w mahakamskiej kopalni. Pogoda była rzeczywiście kiepska. Nad łąki zeszła gęsta mgła.

Uciekał. A może tylko biegł? Nie myślał o tym. Nie miał na to czasu. Czuł, że jeśli zwolni, stanie w miejscu, upadnie - nie dotrze tam, gdzie dotrzeć zamierzał. Był absolutnie wycieńczony. Mężczyzna o włosach białych jak mleko, kontrastujących mocno z panującymi w lesie ciemnościami, padł jak kłoda. Nogi odmówiły posłuszeństwa, choć głowa podpowiadała, że poddawać się nie powinien, a wręcz nie może. Nawet nie próbował wstać. Przemoknięty do suchej nitki leżał tak kilka chwil, nie myśląc o niczym. Nie liczyło się nic i nikt. Zupełnie.

Z mroku i nisko zawieszonej mgły, zupełnie bezszelestnie, wyłonili się dwaj osobnicy. Pierwszy, o włosach siwych, sięgających ramion i mocno zaznaczonych rysach twarzy. Drugi, wyglądający na znacznie młodszego, był wysokim brunetem ze szpetną szramą na obliczu, biegnącą od ust aż po ucho. Obaj mieli na piersi medaliony przedstawiające szczerzącego kły wilka.

Bez słowa, bez żadnego znaku, a jednak równocześnie i silnie podchwycili leżącego na ziemi, po czym nie bez trudu, aczkolwiek delikatnie ułożyli go na dwukołowym wozie.

I ruszyli przez tylko sobie znane gaje i bory, przez, zdawałoby się, gęstwiny nie do przebrnięcia, przez wąwozy i doliny. Doskonale wiedzieli dokąd idą, gdzie chciał przybyć Białowłosy.

Przecięli rzekę. Niebo przejaśniało się, choć drobny deszcz wciąż wesoło pluskał po nowo powstałych kałużach.

Teren stał się wyraźnie trudniejszy dla konia ciągnącego za sobą wóz z nieprzytomnym białowłosym mężczyzną. Przez lewe oko przebiegała blizna, choć nie utrudniała mu widzenia. Teraz jednak odpoczywał.

Przebudził się, kiedy koła i podkowy głośniej stuknęły o kamieniste podłoże, lekko uniósł się na łokciach, po czym od razu opadł.

- Gdzie ja jestem? - zapytał słabo i cicho głosem, który kompletnie doń nie pasował.

To co usłyszał, spadło na niego jak grom, choć grzmoty ustały już dawno, mimo że deszcz nadal siąpił. W głębi duszy ulżyło mu.

- Zbliżamy się do Kaer Morhen - rzekł ten ze zniekształconą prawą stroną twarzy.

Po ich prawej stronie, w górę z rzadsza porastaną przez limby i kosodrzewiny, wrzynała się ogromna, masywna forteca z cegły i kamienia. Potężne, grube mury sprawiały wrażenie, że twierdza jest diablo bezpieczna, stabilna. A jednak, gdzieniegdzie mury kruszyły się, rozsypywały, z biegiem lat zamczysko wiele straciło na urodzie. Jednak Kaer Morhen nie miało cieszyć oka. Wręcz przeciwnie - miało być niedostępne dla wszystkich, nie powinno rzucać się w oczy. Jego lokalizację znali tylko wybrani. Tak było przynajmniej w teorii. Trzeba było jednak zgodzić się z faktem, że Warownia Starego Morza, siedliszcze Wiedźminów, stała na całkowitym odludziu.

Wóz z wolna wtoczył się na zwodzony most. Siwobrodego Vesemira kroczącego z przodu, a także Eskela maszerującego koło wozu, chłodnym wzrokiem przywitał Lambert, młodszy od nich obu. I on był poznaczony przez trudy wykonywanej profesji. Nad prawą skronią, aż po włosy ciągnęły się blizny, choć znacznie mniej szpetne niż te u Eskela. Również u niego można było dostrzec medalion wyobrażający głowę wilka.

- Jesteśmy w domu. Leo, biegnij po Triss! - usłyszał Białowłosy z ust Eskela. Leo nie miał prawa kojarzyć. O ile cokolwiek kojarzył... Jednakże na wypowiadane imię Triss zareagował lekkim dreszczem. Bardzo lekkim, wręcz niedostrzegalnym, niewyczuwalnym. Ale jednak.

W Kaer Morhen hulał wiatr. Było przeraźliwie pusto i cicho. Na dziedzińcu, na dole, tuż za bramą wejściową, Lambert ostrzył miecz. Leo ćwiczył szermierkę z Eskelem. Miał krótko przystrzyżone włosy, podkrążone oczy. Na srebrnym łańcuszku rytmicznie podskakiwała wilcza paszcza. Vesemir przyglądał się wszystkiemu z boku, splatając ręce na klatce piersiowej. Nie był zadowolony z młodzieńca, rugał go raz po raz, pouczał, przypominał o paradzie ukośnej na plecy.

Białowłosy spokojnie spoglądał na dół z tarasu. Widocznie pobyt w Kaer Morhen dobrze na niego działał. Na jego samopoczucie, zdrowie. Ale nie tylko miejsce, w którym przebywał, sprawiało, że z minuty na minutę czuł się coraz lepiej.

- Minęły zaledwie dwa dni odkąd cię znaleźli - półgłosem rzekła rudowłosa piękność, przystając obok niego. Nie patrzyła jednak na jego zmęczoną, niewyspaną twarz, która niewątpliwie nie była w dobrej kondycji. Być może nie lubiła jego oczu. Kocich oczu - zielonożółtych z pionową szparką pośrodku. Pozorowała zaciekawienie tym, co dzieje się na dole.

- Mhm. To w dużej mierze twoja zasługa. Dziękuję, Triss. - odpowiedział szybko, bez namysłu. Spojrzał na nią, ta jednak odwróciła głowę w drugą stronę.

- Nie ma za co, przypominasz sobie coś? - spróbowała podjąć temat niewygodny dla wiedźmina. Ruszyła schodami w dół. On koło niej.

- Niewiele. Spójrz na dół - znam te ruchy - piruet, zasłona, cięcie. Kiedy z tobą rozmawiam czuję więź, wiem, że byłaś kimś ważnym. - starał się wybrnąć z trudnej sytuacji. Pomoc przyszła... z powietrza.

- Geralt, my... - nie dokończyła. Krzyknęła tylko strachliwie, gdy zza muru ku niebu wystrzeliła, niczym z procy, gromada gołębi.

Zeszli na dół.

- Jak myślisz, Geralt, nadaje się już na szlak? - zapytał Vesemir. Nie doczekał się odpowiedzi, choć było to raczej pytanie retoryczne o zabarwieniu ironicznym.

Lambert ruszył w kierunku bramy wejściowej. Nie zaintrygowało to nikogo, poza Geraltem, Białym Wilkiem. Szedł raźno przez ciemny tunel prowadzący na most, który nadal był opuszczony. Było ich trzech. Tylko trzech.

- Jest sam, Magister obiecał 50 orenów za każdego odmieńca. - rzekł do swoich kompanów wysoki zbój, uzbrojony w najeżoną kolcami maczugę.

- Jest mój! - zakrzyknął głośno i niby zwycięsko znacznie niższy, acz szybszy i zwinniejszy bandyta. Usta zakryte miał chustą, na czole z kolei tatuaż przedstawiający salamandrę. Był uzbrojony jedynie w długi, szpikulcowaty kordelas.

Ruszył dziarsko, żywo, z nadzieją na łatwy łup. Przeliczył się. Lambert zwinął się i straszliwie ciął na odlew, gruchocząc temu z salamandrą na czole żebra i płuca. 1-0 dla wiedźmina. Nacierający z jego lewej ani się obejrzał, a dostał potężną falą skumulowanej energii, która wrzuciła go w wystarczająco głęboki dół, aby zakładać jego natychmiastowy zgon. 2-0. Na końcu ruszył chudzielec z maczugą. Marne były jego szanse z o wiele szybszym Lambertem. Jeden celny cios ustawił całą dalszą rozgrywkę - kopniak w brzuch, cięcie na oślep, w górę, rozbryzg krwi, przenikliwe i jazgotliwe zarazem wycie. A potem cisza.

Nie trwała jednak długo. Lambert, w pełnym biegu, wyłonił się z powrotem w korytarzu. A za nim kilkunastu napastników. Mniejszych, większych. Ze sztyletami, toporami, mieczami, maczugami.

Geraltowi udało się wychwycić symbol łączący ich, pozwalający w jakiś sposób identyfikować - mieli albo na odzieży, albo na ciele znak salamandry. Zastanowiło go to nieco. A dodatkowo byli hałaśliwi. Bardzo hałaśliwi.

Kiedy tylko wiedźmin z bliznami na skroni wbiegł na dziedziniec, Vesemir energicznym ruchem trzepnął w dźwignię odpowiedzialną za spuszczenie krat. O dziwo, zadziałała prawidłowo. Mimo to do środka wdarło się kilku nieprzyjaciół.

- Geralt, biegnij do manekinów i bierz miecz! - usłyszał, teraz przypomniał sobie o wiele więcej. Czuł narastającą w sobie złość i wściekłość. Wyrwał miecz z tułowia manekina. Z pewnością nie był to najlepszy miecz, jakim miał okazję władać. Słyszał już pierwsze wrzaski, widział padających zbirów.

Rzucił się w wir walki. Poczuł na udzie wilgoć, gorąco. Krew, dużo krwi, cała noga czerwona od juchy. Sam nie był nawet draśnięty. Odrzucił z siebie wieszającego się na nim, broczącego krwią gdzie popadnie, wroga z małym, zakrzywionym kozikiem.

Kątem oka ujrzał błysk klingi, zwinął się w półobrocie błyskawicznie, chlasnął na skos, przecinając tętnicę szyjną bandyty wznoszącego kord ku chmurom, tak jak królowie i możni tego świata wznoszą toasty złoconymi pucharami.

Zrobiło się luźniej, mógł swobodnie krążyć wokół kolejnego swojego celu - bachratego brodacza uzbrojonego w potężny topór. Wiedział, że jest wolny i polega wyłącznie na swojej sile. Wykonał szybki nabieg, odbił się mocno i wysoko niczym sprężyna, tak że grubas na wysokości oczu miał jego kolana. Sekundę później brodacz własnymi oczyma mógł z bardzo bliska oglądać szczeliny między poukładanymi na posadzce kamiennymi płytami. Tułów, już bez głowy, zatoczył się i grzmotnął pod mur.

Geralt był gotów do kolejnego zabójczego ciosu, odwrócony doń plecami bandyta z zasłoniętym jednym okiem niczego nie mógł się spodziewać... Wnet ten zajął się żywym ogniem. Krzyczał, szalał, błagał i przeklinał na przemian. Cierpiał.

- Zabij! - wrzasnął rozpaczliwie.

Triss chciała go pewnie tylko trochę podsmażyć. Nie wyszło.

Vesemir nie mógł dłużej tego znieść, nie mógł patrzeć na cierpienia łotra. Również swąd nadpalanej skóry, włosów i odzieży stawał się dokuczliwy. Błyskawicznym ruchem wyciągnął z cholewy sztylet, zdobiony runami, ze złoconym trzonkiem. Przyskoczył i mocnym, pewnym ciosem zatopił puginał aż po sam jelec w klatce płonącego. Ten natychmiast wyzionął ducha.

- Geralt, jak się czujesz? - spytał troskliwie Vesemir.

- Nic mi nie jest. - odrzekł spokojnie Geralt.

Wywiązała się dyskusja na temat tego, kim są napastnicy i czego chcą. Geralt zachował milczenie. Nie miał z resztą niczego specjalnego do powiedzenia. Lambert jak zwykle starał się dopiec Triss, zwracając się do niej per Merigold, a także co chwilę serwując zaczepną docinkę dotyczącą jej magii, spostrzeżeń, informacji. Mogłoby się wydawać, że jej absolutnie nie lubi. Ona odwzajemniała te emocje, wcale nie starając się tego ukryć.

Cała szóstka pobiegła schodami w górę, aby mieć widok na główną bramę prowadzącą na dolny dziedziniec. Czuli bowiem, że zaraz coś się wydarzy. Coś, czego się nie spodziewali, na co nie są do końca przygotowani.

Huk, dym, jazgotliwy kwik, wyważona brama dźwięcznie łomotnęła o kamienne płyty.

- O żeż w mordę... Co to za bydlę?! - jęknął Leo. Dosłownie, było to bydlę ogromnych rozmiarów. Przypominało przerośniętą modliszkę.

- Przeraza. Będzie ciężko. - odrzekł spokojnie Vesemir, jakby nie chcąc zdradzić w głosie swojego zdenerwowania.

- To Savolla, znam go! Chorobliwie ambitny, amoralny magik... - wskazała czarodziejka na magika o jaszczurzej mordzie i takiej też fakturze skóry. W niewątpliwie magiczny sposób trzymał na uwięzi przerazę, rwącą się do ataku.

- Jest ich więcej, przedostali się na górny dziedziniec! - wrzasnął Leo. Triss bezbłędnie wskazała Magistra, zabójcę do wynajęcia. Wyczuła również magię. Także bezbłędnie, jednak jej źródłem nie był Magister, a ciemnoskóry mężczyzna, przypominający górę mięśni, wędrujący obok zabójcy. Mocne kopnięcie w mechanizm opuszczający bramę sprawiło, że ta runęła w dół powodując przy tym nie mało hałasu.

Trzymająca się do tej pory razem drużyna składająca się z pięciu wiedźminów i czarodziejki rozdzieliła się. A właściwie to Geralt odłączył się od reszty. Jego zadaniem było otworzyć bramę na górny dziedziniec.

Czekali na niego. Patrolowali teren. Ale nie wiedzieli z kim mają do czynienia. Pierwszy zbój ruszył entuzjastycznie do przodu, wywrzaskując coś o salamadrze pod niebiosa. Zapewne nawet nie zauważył, jak Białowłosy przerzucił miecz z prawej do lewej dłoni. Z kolei na pewno nie zauważył pięści lecącej ku niemu z niebywałą prędkością i celnością, miażdżącej mu żuchwę. Zatoczył się, stracił równowagę, odwrócił się bokiem do Geralta. Ten tylko na to czekał. Z rozmachem wbił ostrze pomiędzy żebra, przekręcił i wyciągnął. Wiedział, że zostawiając w takim stanie napastnika zapewni mu długą i bolesną śmierć. Dobił go zatem szybko, tak, że przeraźliwe wycie ustało momentalnie.

Ledwie co otarł umorusaną od krwi twarz do rękawa, a już ponownie dobywał miecza. Grad szybkich, chaotycznych, niedokładnych ciosów spadł na niego niczym grad talerzy i sztućców na pijaka wracającego nad ranem do domu. Nie musiał wysilać się specjalnie, żeby cięcia parować. Teraz on zaproponował młyniec nieco przypominający taniec. Krążył, mieczem falował na wysokości głowy, dezorientował zmieniając rytm marszu. Ni z tego, ni z owego, niby potknął się, a to był podstęp. Błyskawicznie uwinął się na zgiętych nogach, przeskoczył dalej, śmignął nisko, mocno, płasko, tnąc przez stawy kolanowe. Znowu kwilenie, jazgot. Błysk klingi, ogolona głowa rypnęła o schodek, potoczyła się pod mur.

Następni nadciągnęli parą, uniemożliwiając Geraltowi rozpoczęcie krążenia. Lecz tym razem nie zamierzał bawić się w kotka i myszkę, nie chciał czekać. Pomyślał o Vesemirze, o Leo, o... Triss czekającej na pomoc. Pierwszy zaatakował. Ruszył do przodu, zwinnie przekoziołkował w prawo. Bandyci cofnęli się, popatrzyli po sobie. To był błąd. Wskoczył na niski murek, wyprężył się jak cięciwa łuku, runął w dół, prosto na bliższego sobie zbója. Chrupnęło, ostrze głęboko zanurkowało w ciało ofiary, łamiąc przy tym obojczyk, kilka żeber a także przebijając płuco i mijając serce o milimetry. Mimo to zgon był natychmiastowy.

Drugi z napastników rozdziawił się, opuścił miecz, czekał na cios, na niechybną śmierć. Przyszła szybko, była bezbolesna. Geralt śpieszył się.

Ruszył szybko na schody, ujrzał mur i strzegących go bandytów. Więcej was matka nie miała? - pomyślał. Niestety, dla niego, miała ich jeszcze sporo w zanadrzu.

Z miecza ciurkiem ściekała bordowa krew, znacząc jego drogę.

Dostrzegł oprycha wcześniej niż on się zorientował, że stoi dwa kroki obok niego. Dalsi dwaj albo udawali, że niczego nie widzą, albo naprawdę tego nie widzieli. Choć bardziej prawdopodobne wydaje się, że patrzeć na to po prostu nie chcieli z czystej, ogarniającej ich obrzydliwości. I mieli ku temu powody. Ich kompan topił się we własnej farbie tarzając się pod murem, wściekle miotając rękoma.

Wiedzieli, że może spotkać ich taki sam los. Gdyby mogli, to wzięliby nogi za pas... Ale nie mogli, bo potem te kończyny by im po prostu urwano. Woleli zatem zginąć szybko, w myślach po cichu licząc na niebolesny cios, który w perspektywie wyrywania nóg zdawał się najlepszą rzeczą mogącą ich spotkać.

Tak też się stało, nie stawili wiedźminowi poważnego oporu, niemal równocześnie zostali cięci w krtań, co skutkowało rychłym wykrwawieniem się.

Biały Wilk pognał na mur, przebił się bez problemów przez dwóch blokujących mu przejście rzezimieszków, niczym huragan roztrącając ich na boki, nie szczędząc szpetnych słów i zardzewiałego miecza.

Pomknął w kierunku starej wieży, której schody prowadziły na górny dziedziniec. Stopnie, na pierwszy rzut oka stare i nieco zrujnowane, w rzeczywistości były w jeszcze gorszym stanie. W pełnym biegu, w połowie drogi, kilka schodków nagle urwało się, a sądząc po czasie, w jakim uderzyły o dno, można było przypuszczać, że lepiej byłoby nie spaść. Przesadził wyrwę, stanął na pewnym gruncie. Z pogardą popatrzył na spadających i wyjących łotrów.

Teraz droga wiodąca do bramy była już dużo krótsza. Jednego nieprzyjaciela, wędrującego sobie tam i z powrotem, udało mu się zaskoczyć i cichaczem ukrócić jego ziemskie życie. Niestety, najwidoczniej nie było to tak cicho, jak Geralt to sobie wyobrażał. Karzeł jął pruć doń z łuku, jednak reakcje wiedźmina były teraz przyspieszone tak bardzo, że strzały, choć skierowane w tułów, mijały go lub co najwyżej ocierały o odzież. Jeden z grotów śmignął pomiędzy udami, co nie było zamierzane przez Białowłosego.

Błyskawiczne skrócił dystans, ledwie sięgnął klingą uda łucznika, poprawił skośnie przez plecy, pobiegł dalej. Wpadł między czterech nieprzyjaciół, zakręcił się w zabójczym młynku, sparował w niemożliwy dla normalnych ludzi sposób wszystkie ciosy, odskoczył, przystanął. Oni również. Zerwał się do rozpaczliwego ataku, głownia śmigała w powietrzu tak szybko, że nie można było jej dostrzec. I oni jej nie widzieli. Próbowali odskakiwać, zmieniać kierunek cięć, w pojedynkę, w czwórkę na raz, wszystko na marne. Jazgot wzmagał się, potem cichł, słychać było tylko walkę o przetrwanie, dźwięk stykanych kling, chrupnięcia łamanych kości.

Geralt zbiegł na dół zdyszany, zasapany, na czoło wystąpiły mu krople potu, mieszały się z kapkami krwi.

Otworzył bramę.

Pan Śliwak